Leszek Szpunar – wspomnienie

Nazywam się Bogdan Kwaśniewski, pochodzę z Rybnika i z rodziną Szpunarów i Bejgerów jestem związany od czasu mojego ślubu z moją żoną Martą (z domu Bejger) czyli od 27 lat. Jest to dla mnie przywilej, że mogę powiedzieć kilka słów o życiu brata Leszka, ale przede wszystkim o nim samym — jako o człowieku, którego miałem okazję poznać trochę bliżej przez naszą prawie 30-letnią znajomość. 

Wspomnienia przedstawione na uroczystości pogrzebowej br. Leszka Szpunara, w piątek 25 września 2026 r. 

Brat Leszek dla każdego z nas był kimś trochę innym. Dla siostry Basi był mężem, dla swoich synów ojcem, dla wnuków dziadkiem, dla rodzeństwa bratem, dla innych szwagrem, wujkiem, przyjacielem, sąsiadem. I dla znacznej części z nas tutaj – w tym dla mnie – był także bratem w Chrystusie — człowiekiem, którego spotykaliśmy w naszym wspólnym duchowym życiu.

Urodził się 2 marca 1956 roku w Żaganiu (zachodnia część Polski), choć jego rodzina związana była z Lubelszczyzną. Jego rodzice (Olga i Jerzy) pochodzili z Jarczowa na Lubelszczyźnie i kiedy miał około roku, to z Żagania przeprowadzili się z powrotem do Jarczowa – w okolice Tomaszowa Lubelskiego. Tam dorastał i ukończył szkołę podstawową, a później szkołę rolniczą.

Po ukończeniu szkoły przez dwa lata pracował na Śląsku, w kopalni „Staszic”. W tamtych latach był to również sposób na uregulowanie obowiązku służby wojskowej. Nie był to dla niego łatwy okres — bowiem przez dłuższy czas –  a właściwie cały okrągły rok – pracował w kopalni wyłącznie na nocnej zmianie, tylko po to, żeby w ciągu dnia uczęszczać do liceum ogólnokształcącego, i kontynuować swoją edukację. Później wrócił do Jarczowa i tam, w Tomaszowie Lubelskim, ukończył liceum i zdał maturę.

Po tym okresie jego droga zaprowadziła go do Torunia, gdzie rozpoczął studia na filologii polskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. W 1979 roku zawarł związek małżeński z siostrą Basią. Po studiach rozpoczął pracę – jak się tego można było spodziewać – jako nauczyciel języka polskiego. Najpierw w Niemczu (obok Osielska), później w Jarczowie. W tym czasie systematycznie powiększała się też jego własna rodzina o kolejnych synów: Arkadiusza, Radosława i później Wiktora, który urodził się już w Bydgoszczy.

Kiedy cała rodzina przeniosła się do Bydgoszczy, brat Leszek rozpoczął pracę również jako nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół w Maksymilianowie – blisko Żołędowa o którym sobie jeszcze wspomnimy. I właśnie z tym miastem – z Bydgoszczą od tego momentu jest związana później praktycznie cała pozostała część jego życia.

Doczekał się również czworga wnucząt — Dagny, Anastazji, Natana i Leona.

Ale ten krótki życiorys mówi nam przede wszystkim, gdzie brat Leszek mieszkał, gdzie się uczył, co studiował, gdzie pracował i jak powiększała się jego rodzina. Nie mówi nam jednak tego, jakim był człowiekiem. I żeby to zobaczyć, trzeba na niego spojrzeć z innej, zdecydowanie bardziej duchowej perspektywy.

Jedną z rzeczy, która od początku zwracała moją uwagę i myślę, że nie tylko moją, ale pewnie znacznej części osób jaka miała z nim kontakt była jego umiejętność patrzenia na ludzi i na otaczającą go rzeczywistość – patrzenia zdecydowanie głębiej i dostrzegania zdecydowanie więcej niż dostrzega przeciętny człowiek. Brat Leszek był bardzo uważnym obserwatorem. Nie chodzi tylko o to, że zauważał szczegóły. Bardziej chodzi o to, że próbował zrozumieć, co się za tymi szczegółami kryje. Kiedy z kimś rozmawiał, nie zatrzymywał się tylko na tym, co ten człowiek powiedział. Ale np. potrafił zauważyć, że za jakimś zdaniem, za jakimś gestem kryje się… problem, …kryje się niepokój albo po prostu kryje się potrzeba, żeby ktoś tego człowieka wysłuchał.

I właśnie dlatego rozmowa z nim była bardzo wartościowa. Szczególnie taka osobista – w 4 oczy. Chyba każdy z nas zna takie sytuacje, kiedy rozmawiamy z kimś, a ta druga osoba niby słucha, ale właściwie tylko czeka, aż skończymy, żeby wejść ze swoją odpowiedzią i swoją kwestią. U brata Leszka było inaczej. Kiedy człowiek coś mu opowiadał, miał poczucie, że naprawdę jest uważnie słuchany. Brat Leszek pytał, dopytywał, nie spieszył się z odpowiedzią. Najpierw chciał zrozumieć człowieka, a dopiero potem coś powiedzieć.

I nie mówię tego bezpodstawnie ponieważ sam miałem okazję wielokrotnie tego doświadczyć. Szczególnie pamiętam jedną sytuację, kiedy wiele lat temu przeżywaliśmy (ja z moją rodziną) pewne bardzo trudne doświadczenie. I kiedy brat Leszek się o tym dowiedział podszedł do mnie i wtedy mieliśmy bardzo dobrą rozmowę. Nie tylko bardzo uważnie słuchał, ale przede wszystkim dawał mi to poczucie, że naprawdę mnie rozumie i że to, co przeżywam, jest dla niego ważne. A po rozmowie mocno mnie uściskał.

W ciągu swojego życia przeprowadziłem naprawdę tysiące rozmów, 90% z nich nie pamiętam i nie maja one dla mnie większego znaczenia. Ale tę rozmowę pamiętam, jakby była wczoraj, pamiętam gdzie wtedy staliśmy i jaka była pogoda i że słońce zachodziło. I myślę, że właśnie w takich chwilach najlepiej było widać jego życzliwość. Zatem, jak widać nie zawsze trzeba komuś powiedzieć coś niezwykłego, żeby mu pomóc. Czasami największą pomocą jest po prostu to, co robił on (brat Leszek): poświęcić komuś swój czas, uwagę i przede wszystkim dać mu trochę serca.

To zainteresowanie drugim człowiekiem było zresztą bardzo dobrze widoczne również w jego wykładach, w których motywem przewodnim z reguły było praktyczne życie chrześcijańskie. Jeden z nich – chyba sprzed 20 lat – nosił tytuł „Przezwyciężanie samotności i zwątpienia”. Mam go do dzisiaj w swoim komputerze. Mówił w nim o czymś, co dzisiaj – po tych właśnie 20 latach – chyba jeszcze bardziej rzuca się w oczy — o tym, że ludzie mogą być fizycznie bardzo blisko siebie, a jednocześnie pozostawać od siebie bardzo daleko. Mogą mieszkać obok siebie, pracować razem, spotykać się, a jednak nie mieć prawdziwej relacji opartej na zainteresowaniu drugim człowiekiem, na miłości i wzajemnym zrozumieniu. I w tym wykładzie nie zatrzymywał się jednak na samym problemie. Ale pokazał też, gdzie człowiek może znaleźć rozwiązanie.

Myślę, że nieprzypadkowo brat Leszek potrafił o tym mówić w taki sposób. Ponieważ właśnie to było coś charakterystycznego dla niego, że sam zwracał uwagę na człowieka. Dostrzegał potrzebę rozmowy, bliskości i zwykłego ludzkiego zainteresowania. To, o czym mówił w wykładach, było w dużym stopniu widoczne również w jego życiu i jego własnym sposobie traktowania ludzi. Te wykłady były bardzo autorskie i przemyślane. Widać było, że miał swój własny sposób patrzenia na Pismo Święte i przez ten właśnie pryzmat Słowa Bożego patrzył na drugiego człowieka. Potrafił mówić o sprawach biblijnych w taki sposób, że człowiek zaczynał odnosić je do własnego życia i znajdował w nich odpowiedzi na wiele pytań. Dlatego do niektórych jego wykładów można było wracać i słuchać ich po kilka razy. Zostawały w pamięci, bo nie były tylko zwykłą informacją. Dotykały zakamarków ludzkich serc i czegoś co człowiek sam w sobie przeżywał.

Brat Leszek był człowiekiem taktownym, spokojnym i łagodnym. Nie potrzebował dominować w czasie rozmowy ani przekonywać wszystkich do swoich racji. Ta jego łagodność nie oznaczała jednak, że nie miał własnego zdania. Kiedy jakaś sprawa była dla niego ważna, potrafił jasno powiedzieć, co o niej myśli. Wiedział, czego chce i potrafił samodzielnie patrzeć na różne sprawy. To był taki niezależny sposób myślenia o czym mogli się niejednokrotnie przekonać jego bliscy jak również ci, którzy widzieli go w takich niełatwych życiowych sytuacjach. Czyli łagodny człowiek posiadający własne zdanie co w praktyce oznaczało, że mógł się z Tobą nie zgadzać, ty mogłeś się z nim nie zgadzać, a jednocześnie miało się poczucie, że rozmawiasz z człowiekiem, który pomimo tej różnicy zdań w ogóle potrafi z Tobą rozmawiać i potrafi szanować swojego rozmówcę.

Myślę, że właśnie dlatego jego obecność dla wielu osób była tak cenna.

Dużo o człowieku mówi również jego dom. I chyba trudno byłoby wspominać brata Leszka –  nie zapominając oczywiście o jego żonie siostrze Basi – bez wspomnienia ich gościnnego domu. Brat Leszek bardzo lubił polską kuchnię i lubił gotować. Nie tylko lubił ale trzeba też powiedzieć, że naprawdę potrafił dobrze gotować. Bigos, krokiety, placki ziemniaczane — to były rzeczy, które przygotowywał naprawdę świetnie i którymi często częstował swoich gości. Jeśli ktoś nie miał okazji próbować tych potraw w jego wykonaniu to osobiście muszę powiedzieć, że jest czego żałować. Wielokrotnie pół żartem pół serio proponowałem mu, żeby otworzył punkt gastronomiczny gdzieś w Bydgoszczy i że z całą pewnością będzie miał sporo klientów. I za każdym razem kiedy mu o tym mówiłem on śmiał się w głos i poklepywał mnie po ramieniu.

Ale myślę kochani, że w tym wszystkim tak naprawdę nie chodziło o to jedzenie, to był tylko taki dodatek. W tym domu zdecydowanie bardziej chodziło o atmosferę. O to, że można było przyjechać, usiąść, porozmawiać i najzwyczajniej w świecie po prostu pobyć razem. W domu brata Leszka i siostry Basi właściwie zawsze było miejsce dla drugiego człowieka. Drzwi były otwarte dla rodziny, przyjaciół i braci. Człowiek, który tam przychodził, nie miał poczucia, że jest tylko gościem, którego trzeba szybko obsłużyć i który powinien już myśleć o wyjściu. Owszem – było to smaczne jedzenie, ale głównie była rozmowa, śmiech, nierzadko poruszane były poważniejsze tematy. To było po prostu miejsce gdzie można było naprawdę odpocząć duchowo.

Natomiast drugim takim miejscem, gdzie można było stosunkowo często spotkać brata Leszka to oprócz jego domu był to dom w Żołędowie, gdzie mieszkają moi teściowie. Jak zapewne większość z Was wie  – nie wiem czy wszyscy – moja kochana teściowa Rutka jest rodzoną siostrą brata Leszka.

I właśnie tam w Żołędowie, w tych wiejskich klimatach często spotykaliśmy się przy ognisku. Pewnie nie będzie dla Was zaskoczeniem kto najczęściej to ognisko rozpalał? Jeżeli ktoś z nas miał rozpalić ognisko, to bardzo często był to właśnie brat Leszek. Potem wokół tego ognia zbierali się wszyscy inni. Były rozmowy, czasami gitara i śpiew, były żarty, ale też takie rozmowy, które potrafiły przeciągnąć się na długi wieczór.

I kiedy dzisiaj o tym myślę, widzę w tym coś charakterystycznego dla brata Leszka: on naprawdę potrafił rozpalić ognisko, wokół którego później gromadzili się inni. I podobnie było z jego domem, który wspólnie z siostrą Basią stworzyli — było to takie domowe ognisko, przy którym ludzie mogli się zatrzymać, ogrzać, porozmawiać i nabrać siły do codziennych zmagań.

I może właśnie dlatego ten obraz ogniska w Żołędowie tak dobrze pasuje do wspomnienia o nim. Nie dlatego, że trzeba z tego robić wielką metaforę, ale dlatego, że naprawdę tak było — brat Leszek często był człowiekiem, który robił coś prostego, co później zapadało nam wszystkim w pamięć i pozostawiało miłe wspomnienia. Te wspomnienia towarzyszą nam do dzisiaj.

Natomiast samo Żołędowo miało w sobie jeszcze jedno miejsce, które brat Leszek bardzo lubił — był to pobliski las. Podczas spotkań w Żołędowie czasami potrafił nagle zniknąć na dwie albo trzy godziny. Wszyscy wiedzieliśmy, gdzie poszedł. Do lasu. Las był dla niego miejscem, gdzie odpoczywał, porządkował myśli i po prostu ładował akumulatory. A jeżeli był sezon grzybowy, to trudno było oczekiwać, że wróci z lasu z pustymi rękami.

To są może drobne rzeczy, ale czy to nie przez właśnie takie rzeczy zapamiętujemy człowieka? Nie tylko z tego, co powiedział z mównicy, jak wielki wkład duchowy miał w życie innych… ale również z tego, że rozpalał ognisko, że szedł do lasu, że gotował bigos albo robił dla wszystkich pyszną kolację, że można było z nim usiąść i porozmawiać i ta rozmowa miała szczególną wartość, i zapadała w pamięć na długie lata.

I teraz chciałbym wspomnieć o czymś najważniejszym…dla niego najważniejszym…

SŁOWO BOŻE

Od młodości brat Leszek kochał Słowo Boże i chętnie głosił je innym. Przez lata miał okazję odwiedzać różne miejsca, zbory i poznawać wielu braci. Jego życie nie było związane tylko z jednym miejscem czyli lokalnie z Bydgoszczą. Ale w czasie swojego życia przebywał w wielu różnych miejscach i poznawał wielu różnych ludzi. Jednak wśród tych wszystkich zmian była jedna rzecz, która się nie zmieniała i która pozostawała stale w tym samym miejscu – jego przywiązanie do Słowa Bożego i pragnienie dzielenia się nim z innymi.

Ogólnie bardzo lubił czytać książki, ale spośród wszystkich książek szczególne miejsce zajmowała w jego życiu właśnie ta święta księga – Biblia. I myślę, że tutaj dotykamy czegoś najważniejszego. Biblia nie była dla niego po prostu książką, którą dobrze było znać. Jej przesłanie stało się częścią jego życia i czymś, na czym swoje życie budował i co pomogło mu przetrwać wiele trudnych chwil i doświadczeń.

Bo musicie wiedzieć, że jego życie nie było usłane różami i przez długi czas przechodził przez szczególnego rodzaju trudności, przykrości i doświadczenia z którymi musiał się mierzyć i musiał stawić im czoła. Jednak w mojej ocenie to właśnie Bóg i Słowo Boże były światłem jego życia i źródłem siły kiedy tych sił nierzadko brakowało.

Ale kiedy patrzymy dzisiaj na niego jako na człowieka wiary, chyba jeszcze ważniejsze od tego, ile trudności przeszedł, jest też to, co te doświadczenia zrobiły z jego sercem. Bo trudne życie może człowieka zamknąć, może sprawić, że staje się nieufny, zgorzkniały i skupiony przede wszystkim na sobie. Ale może też zrobić coś wręcz przeciwnego: nauczyć cierpliwości, wyrozumiałości i tego, że prawdziwe bezpieczeństwo mamy tylko w Bogu. I na dowód tego, że on przechodził przez własne trudności z tą właśnie perspektywą…jeszcze jedno wspomnienie, które szczególnie mocno pozostanie w mojej pamięci i które tylko potwierdza to co przed chwilą powiedziałem.

Dosłownie w ostatnich dniach swojego życia, kiedy był w szpitalu i kiedy był już bardzo słaby i z trudem cokolwiek mówił to jednak miał jeszcze tyle siły, żeby poprosić pielęgniarki nie o coś co poprawiłoby jego komfort przebywania w tym szpitalu, ale poprosił o Biblię i potem wielokrotnie składał ręce do modlitwy…będąc już w tym ciężkim stanie.

Myślę, że nie trzeba tego szczególnie komentować. Człowiek w takich chwilach pokazuje bardzo wyraźnie, co jest dla niego naprawdę ważne. Dla brata Leszka ważne było Słowo Boże i ważna była modlitwa.

I może właśnie ten obraz powinien zostać z nami szczególnie mocno. Obraz człowieka, który przez całe życie nie tylko w szczególny sposób mówił o wierze, o Bogu i życiu chrześcijańskim ale człowieka, który kiedy zabrakło mu już sił do wielu innych rzeczy, nadal chciał mieć przy sobie Biblię i wciąż zwracał się do Boga w modlitwie.

Dzisiaj oczywiście jest w nas smutek. Kiedy człowiek odchodzi, nagle zaczyna brakować tych wszystkich zwyczajnych rzeczy, których wcześniej nawet specjalnie może nie zauważaliśmy. Szczególnie jego najbliższym będzie brakować jego obecności przy stole, będzie brakować rozmowy. Będzie brakować wsparcia i tego uważnego, ciepłego spojrzenia. Będzie brakować go na spotkaniach w Żołędowie przy ognisku. Będzie nawet brakować tego, że podczas tych spotkań nagle znikał i wszyscy wiedzieli, że pewnie znowu poszedł do lasu…

Dopiero kiedy człowieka nie ma, te wszystkie zwyczajne rzeczy zaczynają mieć dla nas zupełnie inną wartość.

Ale jako ludzie wierzący nie patrzymy przecież na śmierć jak na ostateczny koniec. Wierzymy, że brat Leszek zasnął snem śmierci i że przyjdzie dzień, kiedy otworzy swoje oczy. Wierzymy, że Pan go zawoła i że on usłyszy ten głos. Wierzymy w zmartwychwstanie — nie jako piękną myśl, która ma nas tylko pocieszyć, ale jako Boską gwarancję i obietnicę, którą znajdujemy w Piśmie Świętym.

Pan Jezus powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

Dlatego dzisiaj żegnamy brata Leszka ze smutkiem, ale nie bez nadziei. Wierzymy, że przyjdzie czas, kiedy odzyskamy naszych bliskich, którzy teraz śpią snem śmierci. Wierzymy, że Chrystus wykupił ich swoją krwią z mocy grobu. Wierzymy, że to, co widzimy dzisiaj, nie jest wszystkim, co istnieje. Że przyjdzie świat, w którym nie będzie już śmierci, płaczu, smutku ani bólu…

Zatem, bracie Leszku: do zobaczenia wkrótce… Ponieważ wkrótce wypełnią się słowa modlitwy, której uczył nas Pan Jezus:

„Przyjdź Królestwo Twoje i bądź wola Twoja jak w niebie, tak i na ziemi”. Amen. Niech tak się stanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *