Przypominamy dziś odcinek „Rozmów o Biblii” z sierpnia 2016 roku, w którym brat Józef Ryl wspominał 70 lat działania zboru we Wrocławiu. Wiele się od tego czasu wydarzyło. Historia pisana jest dalej. Jednak wspomnienia te są bardzo ciekawe, zachęcające i pouczające.
Nagranie przeprowadził brat Sławomir Szczepaniec w ramach swojej serii „Rozmowy o Biblii”.
70 lat zboru we Wrocławiu – reportaż Józef Ryl SSZ 082016
Rozmowa w wersji tekstowej:
BRAT SŁAWEK SZCZEPANIEC: Dzień dobry, chciałbym przywitać wszystkich słuchaczy, byłych oraz obecnych członków zboru wrocławskiego, który mieści się na ulicy Oławskiej. W tej chwili spotykam się z bratem Józefem Rylem. Jest sierpień 2016 roku. Czas leci bardzo szybko, ponieważ pamiętam przygotowania do 60. rocznicy zboru na ulicy Oławskiej. W tej chwili zastanawiamy się nad historią zboru już w perspektywie 70 lat, które minęły.
Ja poproszę w tej chwili brata Józefa, żeby te wspomnienia przytoczył. Mam nadzieję, że będą one cenną pamiątką, nie tylko dziś, ale za kilkadziesiąt lat.
BRAT JÓZEF RYL: Miło mi Sławku, że zaszczycasz mnie takim przywilejem i że ja będę w stanie przedstawić w telegraficznym skrócie kronikę albo historię zboru wrocławskiego.
O tyle jestem, że tak powiem, usprawiedliwiony w tej materii, ponieważ po pierwsze aktualnie w tej chwili jestem najstarszym członkiem zboru wrocławskiego. Najstarszym w sensie stażowym, bo już w roku 1953 ja byłem w kontakcie w zborze wrocławskim.
W 54. w maju usymbolizowałem swoje poświęcenie przez przyjęcie symbolu Chrztu z wody. Jest jeszcze siostra Winiarska, która jest ode mnie stażem starsza, ale ona już mało bierze udział w życiu zborowym, ponieważ już jej stan zdrowia. Poza tym w tej chwili mieszka poza Wrocławiem, więc to ona jeszcze jest, że tak powiem, stażem przede mną. No i jest jeszcze jej siostra, która w tym czasie była jeszcze dziewczynką. Ja już byłem, że tak powiem, pełnoprawnym członkiem zboru, a siostra Emilia, jej siostra była jeszcze dzieckiem.
Także wydaje mi się, że w tej chwili aktualnie jestem stażowo najdłużej czynnym członkiem zboru. Postaram się skrótowo i myślę, że nie będzie to ani tendencyjne, ani jakieś nieścisłe, ale bardzo ogólnikowe spojrzenie na historię naszego zboru. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że historię 70 lat w tym wywiadzie opowiedzieć, to nie sposób jest, żeby wszystko opowiedzieć, więc postaram się w formie skrótowej to uczynić.
Lato 1946 roku jest datą, od której historia zboru wrocławskiego się zaczyna. Nie ma żadnych informacji, nie ma żadnych zapisków, żeby przed wojną i do tego czasu we Wrocławiu istniał epifaniczny zbór.
Jak doszło do tego, że w 1946 roku powstał zbór we Wrocławiu? A więc działania drugiej wojny światowej, zakończone w maju 1945 roku spowodowały przesunięcie granic Polski po stronie wschodniej i zachodniej. Polska utraciła część swoich wschodnich terenów, a uzyskała część terytorium na zachodzie. I w wyniku tego ludność Polska, która nie chciała pozostać na terenach wschodnich, wcielonych do tzw. Związku Radzieckiego, przybywała na tereny zachodnie, na tzw. ziemie odzyskane.
Przed wojną nie istniał żaden zbór we Wrocławiu, natomiast istniał epifaniczny zbór i to dość liczny we Lwowie. A ponieważ na skutek działań wojennych Lwów został wcielony po przesunięciu granic do Związku Radzieckiego, więc zdecydowana większość braterstwa tamtego lwowskiego zboru przybyła w okolice Dolnego Śląska właśnie na te tak zwane ziemie odzyskane. A najwięcej do Wrocławia, do Dzierżoniowa, ale nie tylko.
Ta repatriacja nie dokonała się w jednym transporcie, ona dokonywała się w kilku różnych transportach o różnym czasie i bracia wszyscy nie przyjechali jednym transportem, tylko w kilku transportach. Stąd gdy przybyli do Wrocławia lub do Dzierżoniowa musieli się w jakiś sposób odszukiwać, dlatego po osiedleniu się byli rozproszonymi i trochę czasu upłynęło zanim oni się ze sobą skontaktowali, poodnajdywali. Ale już latem 1946 roku, a więc niecały rok upłynął i bracia, tylu ilu ich się, że tak powiem odnalazło, zaczęli się zgromadzać po domach.
Formalnie zbór został zarejestrowany w 1947 roku. Formalnie, ale nieformalnie już życie zborowe zaczęło funkcjonować w 46 roku. Początkowo było to tylko 15 osób, nieliczne grono. Jeszcze nie wszyscy się odnaleźli, niektórzy z braterstwa dopiero po wielu latach dołączyli do zboru. Wtedy zgromadzano się w kilku miejscach. Na Księżu Małym, to taka dzielnica Wrocławia, tam mieszkały siostry Wojtaszek i u nich się zgromadzano.
Zgromadzano się też na ulicy Poznańczyka dawnej, obecnie Benedykta Polaka u braterstwa Janickich. Potem na ulicy Grunwaldzkiej u braterstwa Grzybowskich i tam chyba brat jak robił reportaż, to tam między innymi na Grunwaldzkiej, potem na Prądzyńskiego u braterstwa Bobylaków, no i na ulicy Mickiewicza u braterstwa Górnickich. U braterstwa Górnickich zgromadzano się w niedzielę i święta, to było na Sempolnie.
Dwa pierwsze z tych wymienionych miejsc, one nie trwały długo, natomiast te trzy ostatnie na Grunwaldzkiej, na Prądzyńskiego i na Mickiewicza, tam zgromadzaliśmy się do samego końca naszych zgromadzeń po domach. Jakie to były mieszkania? Zwykle to były pokój z kuchnią, no pokój z kuchnią, ale rodzina dwu-, trzyosobowa, no to tam przecież były i musiały być łóżka, jakieś urządzenia do spania i tak dalej, więc nie były to duże pomieszczenia i żeby się zgromadziło piętnaście czy dwadzieścia osób i członkowie rodziny, to było ciasno, więc było trudno wszystkim się pomieścić. No ale pomału bracia się i odnajdywali, i niektórzy dołączali z osób, które zetknęły się z prawdą epifaniczną.
Także w roku 1954 zbór liczył już dwadzieścia osób, tak jak ja miałem, bo byłem w swoim czasie sekretarzem zapiski, to wymienię w alfabetycznym porządku tych braci, którzy te dwadzieścia osób stanowili. Bajor Michał, Bobylak Emilian i jego żona Matylda, Blecharczyk Stanisław i jego żona Helena, siostra Burdziak Maria, brat Flinta Stefan, brat Górnicki z żoną Marią, brat Jan Grzybowski z żoną Melanią, brat Grzybowski Józef z żoną Katarzyną, siostra Hirna Katarzyna, ona potem wyjechała do Lwowa, wróciła na swoje posiadłości, siostra Lewicka Stanisława, brat Pawlak Jan, siostra Pilich Anna i jej córka Helena i wreszcie brat Ryl Edward i Ryl Józef. To dwadzieścia osób, które w 54 roku stanowiły zbór.
W 54 roku było jeszcze parę innych osób, był brat Lachowicz i była siostra Polowa, ale oni zmarli, oni zmarli. W czasie, kiedy ten wykaz był robiony, to już oni zmarli, brat Lachowicz zmarł w styczniu, a siostra Polowa troszeczkę później, ale już w tym wykazie nie figurowała. Na skutek jednak działania i rodziny i bracia działali tak, że zbór stopniowo się powiększał.
Niechaj to zobrazują następujące dane. W 1960 roku zbór już liczył 44 osoby. W tym czasie zbór obsługiwało 6 braci starszych i 4 diakonów.
W 1970 roku, a więc ja tak co 10 lat przeskakuję, było już 63 członków, a obsługiwało zbór 5 braci starszych i 3 diakonów. Ponieważ niektórzy z braci w tym czasie wyjechali z Wrocławia czasowo odrabiać tzw. służbę wojskową w kopalni, m.in. ja i brat Edward.
W 1980 roku skład zboru liczył już 70 członków. Usługiwało mu już 8 braci starszych i 4 diakonów. A w 1985 roku zbór już liczył 85 członków i było 10 braci starszych, którzy mu usługiwali i 5 braci diakonów.
A w latach 90., tak jak w którymś wywiadzie, którego udzielał wtedy brat Jan Ryl, zbór nasz zbliżał się do liczby setki. Chcę powiedzieć parę słów, jak to się działo, że ta liczebność wzrastała. A więc po pierwsze dorastało drugie pokolenie.
Po drugie oni angażowali się do życia zborowego, zawierali związki małżeńskie i pozyskiwali współmałżonków, którzy powiększali nasze grono. Pozyskiwano też nowe osoby, bo na skutek naszej działalności na miarę możliwości wchodziliśmy w kontakt ze społecznością Braci z Towarzystwa tzw. Świadków Jehowy. No i wiele osób z tej społeczności, wiele, no trudno nazwać, w każdym razie spora liczba osób z tej społeczności zaczęła z nami kontaktować się i weszli w skład naszego zboru.
Dalej, ponieważ Wrocław jest miastem akademickim, to wiele z braci i sióstr młodych przybywało do Wrocławia na studia, więc na okres kilku lat automatycznie powiększali nasz stan liczebny. Niektórzy z nich nawet pozostali na stałe.
No i wreszcie pojawiło się trzecie młode pokolenie już. A więc to wszystko powodowało, że sukcesywnie, a oprócz tego i nowe osoby, pojedyncze nowe osoby były pozyskiwane w różny sposób, że stawały się członkami naszej społeczności. Tak więc można powiedzieć, że takie apogeum lata dziewięćdziesiąte to był okres szczytowy pod względem naszej liczebności.
Nasze zebrania do roku 1956 odbywały się wciąż po domach. No ale jak już powiedziałem, jeżeli w sześćdziesiątym roku już było czterdzieści cztery osoby, no to w pięćdziesiątym szóstym parę osób było mniej. To w pomieszczeniu jednopokojowym zbierać się to było uciążliwe zarówno dla gospodarzy, którzy udzielali mieszkania, jak i dla nas. To było ciasno, naprawdę ciasno było. Ale od tego czasu, od pięćdziesiątego szóstego roku sprawa uległa zmianie, ponieważ bracia rozglądali się wciąż za znalezieniem jakiejś sali lub jakiegoś lokum większego, żebyśmy się mogli zgromadzać swobodniej. Najwięcej pod tym względem inicjatywy okazywał brat Blecharczyk.
Był to brat, który ożenił się we Wrocławiu właśnie i on powiększył nasze grono gdzieś w latach 1952-1953 roku. Bo jak ja już w pięćdziesiątym trzecim roku ze zborem miałem kontakt stały, to brat Blecharczyk już był żonaty, czyli krótko jakoś przed tym on przybył. I on był takim najbardziej prężnym bratem, który inicjował właśnie takie starania.
No i w wyniku tego udało nam się w roku 1956 porozumieć z pastorem kościoła metodyskiego na ulicy Worcela, to był niejaki brat Henryk Konieczny. Porozumieliśmy się i on się zgodził, że ich kościół, taki mały kościółek przy ulicy Worcela, że udostępni nam na nasze zebrania. Tylko nie były to najlepsze warunki, które on nam postawił, ponieważ proszę sobie wyobrazić, że my latem zbieraliśmy się o godzinie siódmej, od siódmej do dziesiątej, a oni zaczynali gdzieś o wpół do jedenastej, od jedenastej.
I on nie życzył sobie, żebyśmy my przychodzili w czasie, jak oni będą wychodzić, żebyśmy się nie spotykali, bojąc się o swoją trzodę, że tak powiem, to normalne. Natomiast w okresie zimowym my zbieraliśmy się w godzinach popołudniowych, od trzynastej do szesnastej. To w niedzielę i święta było oczywiście.
W tygodniu wtedy zbieraliśmy się we wtorki i piątki, zgromadzaliśmy się w dogodnych godzinach, bo to były godziny popołudniowe, kościółek był wolny, więc nie mieliśmy żadnych utrudnień, było nam z tym bardzo wygodnie. Natomiast jeśli chodzi o niedzielę i święta, to i nam było bardzo niedogodnie, a szczególnie dla braci usługujących, którzy przyjeżdżali z zewnątrz, bo przyjechać z Poznania, z Krakowa, z Rzeszowa, czy ze Szczecina na godzinę siódmą do Wrocławia, no to to albo trzeba było nocą jechać, albo trzeba było dzień wcześniej przyjeżdżać. A to były czasy, w których się pracowało, więc bracia nie mieli tak dużo wolnego, więc musieli albo brać urlopy, albo w jakiś sposób wolne sobie załatwić, żeby dzień przedtem przyjechać.
W czasie naszego korzystania z tego kościółka przy ulicy Worcela, pastor podjął decyzję, aby dobudować taką salkę, bo dla nich to też było bardzo potrzebne, żeby jak jest mniejsza liczba, zbierać się w mniejszym pomieszczeniu, bo było to podyktowane kwestiami ogrzewania, opału, koszty. Więc jak on podjął taką decyzję o dobudowaniu takiej małej salki przybocznej, nasi bracia bardzo się w to zaangażowali, no i to było dla nas też bardzo wygodne, bo potem zgromadzaliśmy się w tygodniu lub jak było nas mało, nie na dużej sali zimnej, chłodnej, ale na tej małej salce, którą takim małym piecykiem myśmy sobie ogrzewali i to było wystarczające. Niezależnie od tego, że myśmy się zbierali tam u braci metodystów, to bracia jednak wciąż nie poprzestali na tym i wciąż poszukiwaliśmy jakiegoś lokum dla siebie dogodniejszego.
Ale do roku 65. nie udało nam się tego zrealizować, tego postulatu ani zmienić naszego lokum. A w roku 1957 przeżywaliśmy bardzo radosne chwile, dlatego że w tym roku z zesłania syberyjskiego przyjechało do Wrocławia braterstwo Ederowie z synem. Oni byli członkami zboru we Lwowie, przedwojennym zborze i w jakiś sposób za prawdę, a brat Eder był przedwojennym ewangelistą w Świeckim Ruchu, więc za prawdę zostali zesłani na Syberię i tam wiele lat przebywali.
I dopiero w 57 roku udało im się, no i nie wiem co na to wpłynęło, że przyjechali do Wrocławia. Być może, że jakieś informacje mieli, że najwięcej członków lwowskiego zboru jest we Wrocławiu i w Dzierżoniowie, więc dlatego i oni do Wrocławia się wybierali. No i oczywiście najbardziej to przeżywali bracia ci, którzy pochodzili z tego tak zwanego lwowskiego zboru, bo po kilku latach rozłąki jak się oni spotkali, to to była wielka radość.
Ludzie się bardzo radowali, że znowu są razem, no a że brat Eder był ewangelistą, więc był znanym, lubianym bratem i tak dalej, to ta radość opanowała nas wszystkich. Ale jak już wspomniałem, 1965 rok przyniósł nam pewną zmianę, zmianę, która była nam bardzo potrzebna, której żeśmy wiele lat poszukiwali. Co się wtedy stało? Jak to się stało? A więc powiem w skróceniu.
Pastor Metodyski, brat Konieczny, w jakiś sposób dowiedział się, że na ulicy Oławskiej salę wynajmowali, mieli salę bracia Adwentyści Dnia Siódmego. I dowiedział się, że ci bracia robią starania o inny, większy lokal dla siebie i jak załatwią te formalności, to opuszczą ten lokal na ulicy Oławskiej. I brat Konieczny mówi, zacznijcie starania, bo może uda wam się to pozyskać i będziecie mieć samodzielny lokal dla siebie.
No i podjęliśmy takie starania za jego radą, ale na przeszkodzie była sytuacja, że tuż przed nami jakaś organizacja harcerska już podjęła starania o ten lokal, więc było to pewną przeszkodą. Jednak w opatrzności Bożej dwie sprawy nam sprzyjały. Po pierwsze, że lokal, o który staraliśmy się, on figurował jako tzw. obiekt sakralny, ponieważ był użytkowany przez Kościół Adwentystów Dnia Siódmego. I był on w gestii Wydziału do Spraw Wyznań przy Miejskiej Radzie Narodowej. A więc to pierwsze: skoro o ten obiekt sakralny ubiega się jakieś wyznanie religijne inne po Adwentystach Dnia Siódmego, no to Wydział do Spraw Wyznań raczej był skłonny poprzeć naszą sprawę, czy nasze starania jako Związku Wyznaniowego, niż grupy harcerskiej jakiejś tam, która jest świeckim związkiem.
To był jeden z punktów, który nam sprzyjał, że tak powiem. A drugim powodem, który nam sprzyjał był fakt, że kierownik Wydziału do Spraw Wyznań przy Radzie Narodowej miał matkę staruszkę, która z nami sympatyzowała. Ona sprzyjała, nie była takim aktywnym członkiem naszego zboru, ale przychodziła od czasu do czasu, sprzyjała nam i ten kierownik jako syn matki wiedział, że ona z nami sympatyzuje.
I to był taki dodatkowy przyczynek, który go być może pobudził do tego, żeby przychylnie potraktować nasze starania. No i efektem tych starań było to, że rzeczywiście otrzymaliśmy przyznanie tego lokalu. Tylko chcę powiedzieć, że nie od razu wszystko naraz żeśmy załatwili.
Początkowo załatwiliśmy tylko salę główną tak zwaną. Natomiast była jeszcze tam przylegająca tak zwana oficyna, ale nie wiem z jakich względów ona została wyburzona. Ale część tej oficyny przylegająca do naszej sali, do budynku, w którym nasza sala się znajdowała, część została niewyburzona, została. Ale ona już się nie nadawała na zorganizowanie mieszkania samodzielnego jako lokalu mieszkalnego. To była taka kiszka, takie pomieszczenie, które nie kwalifikowało się jako lokal mieszkalny. Po jakimś czasie myśmy rozpoczęli starania, ponieważ chcę powiedzieć tak, że kiedy uzyskaliśmy salę główną, przydział, to wtedy jeszcze toaleta znajdowała się na dole w korytarzu.
To było niewygodne. Piwnica na węgiel i opał mieliśmy po drugiej stronie ulicy. A na sali były ogrzewania piecowe, dwa piece, duże kaflowe, dwa piece. Więc musieliśmy mieć opał, musieliśmy mieć piwnicę, ale ona była po drugiej stronie ulicy. Więc jak żeśmy zaczęli starać się o ten lokal, to motywowaliśmy tym, że nam potrzebne jest urządzenie. Zgromadza się tu już 60, 70 i więcej osób. Potrzebna nam jest jakaś toaleta, jakieś względy sanitarne itd. No i zaczęliśmy się starać o tę część przybudowaną, czy taką niewyburzoną, jako drugi etap. I to też nam się udało uzyskać tylko po paru latach.
Otrzymaliśmy też na to przydział. No i dzięki temu mogliśmy zorganizować toaletę, pomieszczenie gospodarcze, pomieszczenie na literaturę. No i takie zaplecze gospodarcze.
A więc w ten sposób uzyskaliśmy w dwóch etapach przydział na ten lokal, w którym się obecnie znajdujemy. Ale z przejęciem tego lokalu wiązały się pewne koszty. Ponieważ tam bracia Adwentyści, to wejście główne, takie żelazne drzwi, poza tym tam była jeszcze mównica, podium. No i tam jeszcze takie niektóre urządzenia i oni, że tak powiem, zażądali, żeby im to w jakiś sposób, koszty wniesionego nakładu przez nich zwrócić. No i dogadaliśmy się, porozumieliśmy się z nimi, ale nie byliśmy w stanie zapłacić wszystko kwotowo. To dogadaliśmy się w ten sposób, że część tych uzgodnionych kosztów my zapłacimy w gotówce, a w części my zaangażujemy się w remont lokalu, który oni mieli przejąć. To był lokal na ulicy Dąbrowskiego po kościele prawosławnym. I oni się zgodzili. Myśmy tam im dużo pomogli. Między innymi akurat ja miałem w tym przywilej ładną mównicę z dębowego drewna, żeśmy zbudowali coś podobnego jak nasza mównica na naszej sali. Którą też, nawiasem mówiąc, osobiście wykonywałem. A więc bracia Adwentyści byli z tego bardzo zadowoleni.
A to okazało się dla nas potem bardzo owocne, bardzo pomocne, dlatego że w roku 1966 zbór wrocławski postanowił zorganizować konwencję we Wrocławiu. Pierwszą konwencję we Wrocławiu. Zwróciliśmy się do braci adwentystów dnia siódmego, czy oni by nam nie udostępnili. Lokal świeżo odnowiony, odmalowany, w dobrym miejscu, niedaleko dworca głównego itd. No i oni prawdopodobnie nie wypadało im odmówić, bo nasze relacje były między sobą dość dobre. Myśmy nie wchodzili, że tak powiem, w spór doktrynalny pod względem nauki. Tylko po chrześcijańsku z nimi, żeśmy współpracowali i udzieliliśmy im bardzo dużej pomocy przy remoncie tego obiektu. I oni zgodzili się, więc pierwsza konwencja właśnie była na ulicy Dąbrowskiego w kościele adwentystów dnia siódmego. I potem jeszcze udało nam się dwa razy w roku 1970 i w 1971 roku zorganizować również konwencję we Wrocławiu w kościele adwentystów dnia siódmego.
I od tamtego czasu już, no początkowo bracia mieli mieszane uczucie we Wrocławiu. Pierwsza konwencja, druga, nie wiadomo czy to się uda, ale bracia się przekonali, że udały się te konwencje. Bracia byli bardzo zadowoleni, a poza tym lokalizacja Wrocław jest takim punktem w środku. Nie było na krańcu gdzieś kraju, więc była bardzo wygodna. A oprócz tego było nas sporo i chętnie żeśmy to organizowali. I od tego czasu Wrocław wpisał się na listę stałych organizatorów organizowania konwencji we Wrocławiu do 2006 roku włącznie.
Były dwa małe wyjątki. W 1979 roku nie organizowaliśmy konwencji, bo nasza sala wymagała remontu, a to były koszty. No i wtedy myśmy nie podejmowali się organizowania.
A jeszcze chcę powiedzieć na marginesie, że w tamtych latach te pierwsze konwencje to nie były organizowane tak jak teraz, że jest jakiś wydzielony fundusz na cele konwencyjne. Tylko zbór, który godził się i uzyskiwał pomoc okolicznych zborów, pokrywał wszystkie koszty. Oczywiście wtedy nie wynajmowaliśmy tyle hoteli, po domach bracia bardziej byli rozkwaterowywani itd., poza tym one nie były tak liczne jak te późniejsze.
No ale w każdym razie w tym 1979 roku we Wrocławiu konwencji nie było. A drugi wyjątek to 1997 rok, 20 lat później, pamiętna stulecia powódź we Wrocławiu. Zalana cała dzielnica, w której myśmy mieli organizować konwencję, a więc wtedy przejęła Łódź organizowanie konwencji w tym roku 1997.
Chcę nawiązać jeszcze parę słów do naszej sali, którą otrzymaliśmy po długich staraniach na własność. Mianowicie, jak doszło do tego, że my obecnie ją posiadamy na własność? Bo wtedy otrzymaliśmy tylko przydział. Przydział z racji, że to podlegało Wydziałowi do Spraw Wyznań przy Radzie Narodowej.
A więc w swoim czasie, już nie pamiętam, który to był dokładnie rok, Urząd Miasta przeprowadzał, zarządził inwentaryzację stanu miasta, lokali. No i oczywiście oni robili wszystko, aby naszą salę przejąć pod swoje władanie. Żeby to wydzielić spod kurateli Wydziału do Spraw Wyznań, tylko Urząd Miasta, żeby to wziął pod swoje władanie.
My zorientowaliśmy się w sytuacji, że może to dla nas niekorzystnie oddziaływać. Odwołaliśmy się od tej decyzji, powoływaliśmy się na ustawę, która regulowała sprawę przyznania Związkom Wyznaniowym i Kościołom na ziemiach zachodnich i północnych, lokali przez nie zajmowanych, na własność. Ale ta ustawa na ten czas nie była zrealizowana w pełni, tylko w części została zrealizowana, a w części została zawieszona.
To znaczy, tam gdzie obiekty były wolno stojące, to te sprawy zostały załatwione. Lub obiekty, które były częścią zabudowy większej, ale w układzie pionowym można było to wydzielić, to też te sprawy zostały w pierwszej kolejności załatwione. Natomiast nasz lokal, nasza sala nie mogła być wydzielona w układzie pionowym, bo nad nami były mieszkania lokatorskie, a pod nami była księgarnia i szklarnia.
A więc wchodził dodatkowo układ, tak zwany podział poziomy. I tą sprawę państwo odłożyło na czas nieokreślony. To nie było przez nas zawinione, po prostu sprawę realizowania tej ustawy zawieszono.
I ponieważ to nie zostało zrealizowane, lecz zostało wstrzymane, to myśmy się powołali na to, że my już podjęliśmy starania, robiliśmy starania i ustawa ta nam obiecywała przyznanie nam tego lokalu, ale z niezawinionej przez nas przyczyny to zostało wstrzymane. Więc ponieważ teraz Urząd Miasta chce przejąć, to my ponawiamy sprawę i ubiegamy się o przyznanie nam, zgodnie z tą ustawą, nam na własność lokalu, który zajmujemy. Ale z powodów pewnych były poważne utrudnienia.
Myśmy się, powołując na tą powyższą ustawę, no sami nie byliśmy w stanie tego przeprowadzić. Zaangażowaliśmy wybranego prawnika, daliśmy mu pełnomocnictwo i on nas reprezentował. No i pokrywaliśmy z tego tytułu różne koszty, bo on przecież musiał pisać pisma, wyjaśniać, dochodzenia przeprowadzać itd., itd. A więc pokrywaliśmy wszystkie koszty z tym związane i ostatecznie udało nam się osiągnąć cel, to znaczy, nabyliśmy prawo własności do zajmowanego lokalu. Jednak z powodu tego, że zbór jako taki nie ma osobowości prawnej, lecz ją posiada Świecki Ruch Misyjny Epifania Zarząd Główny, to dlatego w aktach przyznania nam tego lokalu jako właściciela obiektu podano nie zbór Wrocław, lecz Zarząd Główny Świeckiego Ruchu Misyjnego Epifania. Więc tak to wyglądało, jeśli chodzi od strony faktycznej, jak myśmy weszli w posiadanie tego lokalu, który obecnie zajmujemy.
No to teraz przejdę dalej, dotknę roku 76. W roku 76 nasze grono powiększone zostało, bo przyjechało braterstwo Kładziowie. Oni w tym czasie znajdowali się w sytuacji, że poszukiwali miejsca do osiedlenia. Mieli do wyboru Poznań, inne miejscowości, no i mieli również do wyboru Wrocław. Ponieważ brat Kładź wtedy podlegał jakiejś tam wojskowej procedurze, bo on był w randze oficera wojskowego i przysługiwało mu jakieś tam mieszkanie z tytułu wojskowego funduszu, no więc zdecydowali się na Wrocław, wybrali Wrocław. No i było to dla nas bardzo miłe przeżycie, byliśmy z tego powodu uradowani.
Ale niedługo trwała nasza radość. Przyszedł rok 79, w tym czasie, że tak powiem, czas wzlotów, czas błogosławionych, duchowych przeżyć został zakłócony, ponieważ okrutna śmierć wyrwała z naszego grona w tym jednym roku pięć osób. Było to cztery siostry i jeden brat.
No i zdawało nam się, że to już chyba będzie koniec tego wszystkiego. Tymczasem można tak powiedzieć, nienasycona śmierć wyciąga ręce po kolejną ofiarę. Co przez to chcę powiedzieć? No właśnie, to 79 rok, my remontujemy salę. W czasie remontu bracia się zaangażowali na różne możliwe sposoby. W czasie tego remontu bardzo poważnemu wypadkowi uległ brat Kładź.
Jego życie zostało zagrożone. Spadł z wysokości, z drabiny z ponad trzech metrów i akurat tak nieszczęśliwie się to złożyło, że połamał żebra, pękła śledziona i tam wiele innych urazów doznał. No i było jego życie zagrożone.
No rodzina to bardzo przeżywała, bo przecież oni przyjechali z czwórką dzieci, te dzieci jeszcze były w wieku szkolnym. Małe. Rodzina potrzebowała ojca, potrzebowała opiekuna, a więc oni szczególnie to przeżywali, ale my jako bracia, jako członkowie zboru bardzo to przeżywaliśmy.
No i opatrznościowo Pan nie dozwolił jednak na to, aby śmierć pochłonęła brata Kładzia. Pan choć dozwolił na to doświadczenie, to jednak brata Kładzia zachował przy życiu, bo przecież jego rodzina go bardzo potrzebowała. Przywrócił go rodzinie, przywrócił go nam wszystkim, przywrócił go zborowi, no i byliśmy z tego bardzo zadowoleni, chociaż jednak jego stan zdrowia był nadszarpnięty.
Niedługo po tym bolesnym doświadczeniu sprawa się znowu zmienia, wychodzi słoneczko, pan uśmiecha się do nas, mianowicie, że nie tylko, że nasze grono nie zostało uszczuplone, ale zostało jeszcze powiększone. W roku 1980 odbywała się we Wrocławiu konwencja na ulicy Kołłątaja w hali sportowej klubu sportowego Burza. W jakiś sposób znaleźli się na tej konwencji Jońcowie.
Tak jak ja się domyślam, to Jońcowej rodzice byli w prawdzie, Królowie, i prawdopodobnie oni byli na tej konwencji i być może, że córka i zięć chcieli pójść i zobaczyć, co to jest i tak dalej. A więc podczas ich obecności kilku braci nawiązało kontakt. No i ja również byłem uczestnikiem tego spotkania, nawiązaliśmy z nimi kontakt, zainteresowaliśmy się nimi, bo oni okazywali zainteresowanie prawdą, przychylność dla prawdy.
No i w trakcie naszych kontaktów z nimi oni odsłonili nam, że ich także odwiedzają bracia z towarzystwa, bracia Świadkowie Jehowy. Ale w pewnym momencie, jak z nami rozmawiali, dostrzegali pewne różnice naszych punktów widzenia na pewne zarysy prawdy i tych, które przedstawiali im Świadkowie Jehowy. Poprosili, abyśmy się spotkali kiedyś i oni przysłuchają się naszej dyskusji, naszym rozmowom, żeby się zorientować, co wybrać, po której stronie się opowiedzieć.
No i tak się złożyło, że wybrali braterstwo, późniejsi już braterstwo Jońcowie, to co do nich przemawiało bardziej, wybrali, to co ich bardziej przekonywało, wybrali prawdę. Później już tylko z nami utrzymywali kontakt, zerwali kontakt z braćmi z Towarzystwa. Szybko rozwijali się w prawdzie i już następnego roku, w roku 1981 zdecydowali się poświęcić Panu i okazali to podczas konwencji.
Na tej naszej sali obecnej okazali swoje poświęcenie przez symbol chrztu zanurzenia w wodzie. Wraz z nimi było jeszcze 12 innych osób, czyli w sumie 14 osób tego dnia przyjęło symbol chrztu. W roku 1986 jakoś tak się złożyło, że bracia postanowili, że będzie 40-lecie zboru.
Może byśmy zorganizowali jakieś zebranie na tę okoliczność. No i oczywiście to zostało przyjęte, zebranie takie zostało zorganizowane. Zaprosiliśmy na to zebranie wszystkich, do których mieliśmy dostęp, którzy w latach minionych przez jakiś okres przebywali we Wrocławiu, czy to na studiach, czy czasowo pracowali we Wrocławiu, czy z innych względów przez jakiś czas mieli kontakt ze zborem wrocławskim.
Myśmy wszystkich zaprosili. Cieszyliśmy się z tego bardzo. Była to miła, braterska społeczność, były okolicznościowe zebrania, był okolicznościowy wykład, były zebrania świadectw, deklamacje, wiersze, śpiewano pieśni, odczytywano wiele tekstów biblijnych.
Miła, dwudniowa uroczystość była zorganizowana. Krótko po tym zbór podjął decyzję w roku 1987, aby na naszej sali wyjść do publiczności, aby organizować tzw. zebrania dla publiczności.
Były to zebrania o różnej tematyce, współczesne tematy, m.in. jednym z takich wtedy w tym czasie było takie bardzo modne „Życie po życiu”, i film, i prelekcje, i ludzie byli rozentuzjazmowani tym. No i właśnie m.in. taki temat też był na jednym z takich zebrań podjęty. Z początku zgłosiło się sporo osób, ale jak się zorientowali, że my tu biblijny aspekt podnosimy sprawy, to stopniowo, stopniowo do końca tylko nieliczni wytrwali, a spora grupa odeszła.
A więc tematyka była różna. Rozdawaliśmy zaproszenia indywidualne, rozplakatowywaliśmy, później nam to zabroniono, bo to Wydział Prasy, Kultury i coś tam zabronił, no to później zlecaliśmy im rozplakatowywanie, opłacaliśmy oczywiście i oni to robili, a my tylko rozdawaliśmy krótkie takie indywidualne zaproszenia do wzięcia udziału. I to było do roku 2000, a niezależnie od tego, że we Wrocławiu to jeszcze w terenie żeśmy organizowali, m.in. dwa takie zebrania były zorganizowane w Kudowie i dwa takie zebrania w Oleśnicy i jedno zebranie było zorganizowane w Świdnicy. Ale frekwencja nie była zbyt duża, zainteresowanie było niezbyt wielkie, zbór postanowił przeorientować swoje działanie nakierowując się bardziej na stronę wewnętrzną w życiu zborowym. Jak to wyglądało? Ano od roku 1996 zaczęliśmy organizować we Wrocławiu tzw. sympozja. Podejmowaliśmy tematy, które miały kilka wątków, a więc zwykle w nich brało udział czterech braci i każdy z nich omawiał jakąś tam część tego wybranego tematu. Czasami były to całodzienne zebrania, a czasami tylko w części dopołudniowej.
Gdy były to całodzienne zebrania, no to wtedy w części dopołudniowej omawiano temat zapowiedziany, a w części popołudniowej były projekcje filmów, slajdy, jakieś zdjęcia, wspomnienia, deklamacje, wiersze, śpiewy, rozmowy, a przerwa była przeznaczona na skromny posiłek i później ta część popołudniowa trwała. Ale od niedawna na skutek pewnych działań braci postanowiono znowu wznowić te zebrania dla publiczności, tylko że w tej chwili nie organizujemy tak często jak wtedy. Wtedy były dwa razy do roku, a teraz troszeczkę rzadziej, no ale jeszcze podejmujemy.
Niezależnie od tego, te zebrania sympozjów nadal są organizowane i trwają. I tak jak ja mam swoje zapiski, to ponad 30 takich zebrań już się odbyło, a więc sporo. A był też czas, że myśmy organizowali tzw. zebrania pytań i odpowiedzi. Bracia do skrzynki wrzucali różne pytania nurtujące i potem jeden z braci według programu usług, któremu przypadała taka usługa, przygotowywał się i udzielał odpowiedzi na te pytania. Ale ponieważ zwykle było to tak, że przeważnie jeden brat stawiał te pytania i, że tak powiem, to zaniechaliśmy.
To nie dało spodziewanych rezultatów, jakie pokładaliśmy nadzieje w organizowaniu takiego zebrania. Tak że zaniechaliśmy i zebrania pytań i odpowiedzi teraz nie ma. Natomiast chcę powiedzieć, że w 1996 roku po raz drugi w dniach 21 i 22 września zbór organizuje jubileuszowe zebranie, bo to była okoliczność 50-lecia zboru.
A więc przekrojowo było to zebranie zbliżone do takiego, jak było to w 40-leciu. Na to zebranie zostali zaproszeni różni bracia. Był poproszony również m.in. brat Woźnicki jako honorowy gość. Bracia, którzy byli pielgrzymami lub ewangelistami, a byli zaproszonymi i przez jakiś czas mieli społeczność w zborze wrocławskim, także byli poproszeni do usługi, usługiwali słowem Bożym. No i w międzyczasie już wyrosło nam trzecie pokolenie. Do jakiegoś czasu mieliśmy zwykle w niedzielę i święta zebrania, te tzw. świąteczne i niedzielne, a oprócz tego mieliśmy też zebrania dwa w tygodniu we wtorki i piątki, początkowo, a potem pewne sytuacje zauważyły, że z piątku zrezygnowaliśmy na czwartek. Tam pewne osoby prosiły, że im piątek nie odpowiadał, no i zbór przychylił się. I do tej pory mamy w czwartki.
Po jakimś czasie oczywiście z upływem czasu, pewne ograniczenia, pewne trudności, niektóre zbory już wcześniej zrezygnowały z dwóch zebrań w tygodniu na rzecz jednego. My długo żeśmy się bronili przed tym, rozumiejąc, że sama społeczność braci dużo daje. No ale jednak nie dało się obronić do końca i obecnie mamy tylko jedno zebranie.
Ale żeby, że tak powiem, trochę rekompensaty uczynić w tej materii, to przedtem mieliśmy półtorej godziny zebranie, bo jeden przedmiot był badany. Natomiast teraz, jak mamy tylko jedno zebranie w czwartki, to mamy dwa przedmioty i poświęcamy dwie i pół godziny. Czyli prowadzimy dwa tematy z małą przerwą.
No był czas, że jeszcze również była lekcja śpiewu, obecnie czasowo lekcji śpiewu nie mamy, tylko prowadzimy dwa tematy które analizujemy w naszych beriańskich zebraniach. No więc wcześniej podałem więcej szczegółów, a później troszeczkę jakoś, że tak powiem, nie wiem, jakieś czynniki zadecydowały, że mniej zauważałem i mniej notowałem pewne zdarzenia, jakie miały miejsce w zborze wrocławskim. Myślę, że to późniejsze, to końcowe wspomnienie będzie znacznie skromniejsze.
Być może ktoś z młodszego pokolenia uzupełni tę lukę i dopowie w tej kronice poszerzając ją. No i przychodzimy, że było również 60-lecie zboru, 2006 rok, to było już w grudniu, 9 i 10 grudnia 2006 roku organizowaliśmy 60-lecie istnienia zboru wrocławskiego. I wzorem lat ubiegłych też poprosiliśmy tych, którzy przewinęli się przez Wrocław i byli z Wrocławiem jakoś związani.
Ale okazało się, że już sporo tych, których byli na 40-leciu, na 50-leciu, już na 60-leciu ich nie było, bo niektórzy po prostu już poumierali. No i aktualnie w bieżącym roku 2016 przypada, aż dziw bierze, 70-ta rocznica. To ja mam 80 lat, a tu już 70-lecie będę obchodzić zboru.
I myślę, że ta okoliczność nie przejdzie niepostrzeżenie. Póki co do tej pory na razie jeszcze nie został zgłoszony taki temat, ale myślę, że na pewno bracia gdzieś już w swoich myślach rozważają taką koncepcję, żeby również 70-lecie w taki sposób uczcić przez zorganizowanie jakiegoś specjalnego zebrania. I już na samo zakończenie z perspektywy minionych lat, patrząc tak, jak wyglądało życie zborowe w latach początkowych, jak zbór wyglądał, jak służba zboru wyglądała, można powiedzieć tak, że bardzo wiele się zmieniło.
Jakby ktoś z tamtych czasów przymierzał się do czasów obecnych, to miałby poważne trudności z rozpoznaniem. Tak jak czasami ludzie po wielu latach wyemigrują z jakiejś miejscowości, w międzyczasie następują tam przebudowy, dobudowy i tak dalej, po jakimś czasie, gdy wraca, nie może poznać tego terenu. Obecnie mamy taką sytuację, że mamy to zaplecze, w czasie przerw między poszczególnymi częściami nabożeństw siostry organizują taką małą siestę, przyrządzają kawę, herbatę, inne napoje, a czasami nawet przygotują jakieś ciasta, jakieś słodycze, no i bracia są bardzo zadowoleni, tam też żywa rozmowa, dyskusja trwa, także czasami już mówcy wychodzą na estradę i trzeba wołać, żeby bracia z zaplecza się pojawiali na sali. No a jak już się popatrzy na sprawę służby księgarza, bo to jest bardzo na tym polu widoczne, to na tym polu bardzo się zmieniło.
Kiedyś księgarz, to po pierwsze, że nie było literatury. „Teraźniejsza” Prawda nie ukazywała się tak regularnie. Bracia, którzy przychodzili nowi do prawdy, no nie było literatury i tak dalej, nie było tomów paruzyjnych, nie było tomów epifanicznych, z początku nie było tej manny epifanicznej, a zdobycie śpiewnika czy czegokolwiek, jedynie Biblię można było bez większych problemów nabyć, a tak z literatury to zwykle albo jak ktoś już zaniemógł i już nie mógł brać czynnego udziału w życiu zborowym, to komuś tam oddawał swoją literaturę, albo jak ktoś zmarł, no to w spadku albo ktoś z członków rodziny, albo ktoś, kto tam był jakimś opiekunem, czy bezpośrednio w najbliższym kontakcie… wchodził w posiadanie takiej lektury, literatury, a tak to inaczej nie było.
Dzisiaj sprawa księgarza zupełnie inaczej wygląda, księgarz to po prostu rozdaje literaturę, jest jej pod dostatkiem, są różne traktaty o różnej tematyce, mamy dostęp regularnie do TP, która regularnie się okazuje, do „Sztandaru Biblijnego”, w tej chwili już jest dostępnych wydanych w języku polskim dziesięć tomów epifanicznych, a przedtem to tylko niektóre artykuły, niektóre wykłady w TP się ukazywały takie wybrane, tak jak teraz mamy epifaniczny tom 11, który obejmuje całość problematyki Izraela, jego wędrówki, jego wyzwolenia i tak dalej, to kiedyś mieliśmy tylko taki wykład o niewoli i wyzwoleniu Izraela w TP, a teraz mamy całą gamę myśli. Dostępne są także kazania brata Russella, kazania brata Bartona, wiersze Brzasku Tysiąclecia, no i wiele innych, dzisiaj z nabyciem literatury nie ma problemu, a kiedyś to był problem.
Dalej, przekrojowo nasza społeczność uległa bardzo dużej zmianie pod względem intelektualnym i poziomu znajomości w prawdzie, bo przecież te 70 lat, 70 lat to szmat czasu, prawda się rozwijała. To, co wiedzieliśmy w latach 50., no to zostało bardzo poszerzone o wiele aspektów, wiele pojęć. W latach minionych, zwłaszcza na samym początku, nikt z braci starszych, choć ich było pięciu, sześciu, potem ośmiu, nikt nie posiadał nawet średniego wykształcenia, a w zborze tylko nieliczni je posiadali, ale duchowo trzeba powiedzieć była bardzo dobra atmosfera, zdrowa atmosfera.
Bracia i siostry cieszyli się wzajemną społecznością, dostępną prawdą, rozprawiali tylko o prawdzie, dyskusje, pytania, odpowiedzi, życie tętniło. Dziś ta sytuacja bardzo się zmieniła. Oczywiście trzeba powiedzieć, że wpływ na to ma bardzo wiele czynników, zarówno zewnętrznych, takich jak rozwój telefonii, telewizji, internet, dostęp do nowoczesnych zdobyczy techniki.
Kiedyś bracia kontaktowali się… listy, pisano listy, a kto dzisiaj pisze listy? Dzisiaj telefon, Skype, tam to widzą się, słyszą się, mówią i tak dalej. Postęp, rozwój głębokich zarysów prawdy też stawiają przed braćmi wyższe wymogi, wymagają bardziej rozwiniętego intelektu, bo prawda w swoich szczegółach, w swoich zarysach bardzo szczegółowych wymaga takiego.
Dzisiaj wśród braterstwa naszego zboru mamy kilkanaście, a jak potem próbowałem policzyć, to prawie kilkadziesiąt osób z wyższym wykształceniem i kilkadziesiąt ze średnim wykształceniem. Prawie wszyscy bracia starsi legitymują się wykształceniem wyższym, a pozostali średnim. O naszym zborze można powiedzieć, że to była szkoła teologiczna, bo z niej wyszło dziesięciu braci, którzy stali się sługami Kościoła Powszechnego, bądź to pielgrzymami posiłkowymi, bądź ewangelistami.
Podałem było, mówię było, tych sług dlatego, że sytuacja na dzień dzisiejszy, a mamy rok 2016, zmieniła się. Dlaczego się zmieniła? Niektórzy wyemigrowali z Wrocławia.
Wyjechał brat Eliasz Blecharczyk, wyjechał brat Kiełbowicz. Niektórzy zostali zawieszeni. Jeden ze względu na stan zdrowia musiał się sam zawiesić, zrezygnował, po prostu nie stać go już na wyjazdy poza Wrocław z usługą.
Jeden już zmarł, a jeden dobrowolnie złożył dymisję. Także aktualnie czynnych jest obecnie tylko trzech braci posiłkowych pielgrzymów. Dzisiaj dyskusje o prawdzie mają bardziej charakter filozoficzny, a mniej duchowy charakter.
Kiedyś przy mniejszej dozie prawdy bardziej rozmawiano o prawdzie, o duchu prawdy. I ten taki typowo chrześcijański model rozmów kiedyś był na wyższym poziomie. Dzisiaj często tematem rozmów między braćmi jest czy masz komputer, ile ma gigabajtów, czy masz laptopa, czy masz internet, czy jeździsz samochodem, czy masz dom, masz mieszkanie, a czy masz pracę, a jak twój interes, czy masz firmę. To były kiedyś nieznane problemy, o tym nie mówiono, bo komputer, bo laptop, bo internet, bo telewizja i tak dalej, kiedyś to były pojęcia nieznane.
Ale nie chciałbym być tutaj zbyt surowym w tej ocenie, ponieważ jestem świadomy, że w dużej mierze wpływ na to mają czynniki zewnętrzne, warunki i okoliczności w jakich żyjemy. Kiedyś problem pracy nie istniał. Praca? Kto wziął gazetę, jakąkolwiek gazetę, to we wszystkich poszukiwali ludzi do pracy. Jeżeli istniał problem pracy, to polegający na tym, że był przymus pracy, bo jak ktoś nie miał w dowodzie stempelka, że jest zatrudniony, to był ścigany. Był tak zwany niebieski ptak, a więc taki był problem wtedy z pracą.
Co więcej, praca trwała tylko 8 godzin. Człowiek po 8 godzinach był wolny, dysponował czasem itd. A dzisiaj praca to problem podstawowy.
Podstawowy problem do życia. Co więcej, pracodawca wymaga dyspozycyjności. Czyli czas pracy nie jest określony.
Ja to widzę po braciach, bo nasza frekwencja w tygodniowych badaniach pokazuje, bracia muszą pracować, bo pracodawcy ich do tego zmuszają. Więc nie kończy się ich praca, ich służba w zakładzie pracy na 8 godzinach. Kolejną sprawą to mieszkanie.
Dzisiaj problem mieszkania jest bardzo ważnym problemem. Albo utrzymanie się na rynku pracy. Jak ktoś wypada z rynku, to traci środki do życia. Jego byt jest zagrożony. To wszystko wymaga bardzo wiele wysiłków i czasu. Tempo życia, które zniewala. Zmieniające się technologie. Stosowanie nowoczesnych narzędzi i materiałów. Wszystko to wymusza takie, a nie inne postawy w życiu.
Czy nam się to podoba, czy się nie podoba, ale tak jest. I trzeba powiedzieć tak, że w tej złożonej i trudnej sytuacji bardzo nabiera znaczenia apel apostoła: „Odkupuj czas, bo dni złe są”. To znaczy, warunki pochłaniają ludzi, ale właśnie apostoł apeluje, aby całkowicie się nie dać ubezwłasnowolnić na ile możliwe, ile konieczne to konieczne, ale na ile tylko mamy możliwość, aby pamiętać o swoim zbawieniu, o swojej misji duchowej.
Na dzisiejszy dzień nasza społeczność się bardzo zmieniła. Wiele osób umarło, część wyemigrowała, część wypadła z aktywnego życia zborowego, bądź to ze względu na wiek i stan zdrowia, czy inne ograniczenia. Także frekwencja naszych tygodniowych i niedzielnych zebrań wyraźnie zmalała.
Tendencja spadkowa jest. Tak więc to porównanie dzisiejszego zboru z tym pierwotnym pokazuje z jednej strony wiele pozytywnych zmian, bo mamy dostęp do literatury, mamy więcej znajomości, mamy bardziej rozwiniętych braci, bardziej wykształconych, te usługi są bardziej profesjonalne, nazwijmy i tak dalej. To są te wiele pozytywnych zmian, ale też pojawiają się i niekorzystne uwarunkowania, zwłaszcza ze względu na obniżenie poziomu duchowego.
Przed sługami zboru i przed zborem, przed każdym bratem i każdą siostrą stoi wyzwanie, aby pracować nad własnym zbawieniem, nad utrzymaniem się w prawdzie, nad zachowaniem jedności, zdrowej duchowej atmosfery, słowem: stawienia czoła piętrzącym się trudnościom czasu współczesnego. A więc tak wygląda sprawa. Jeszcze miałbym tutaj bardzo szczegółowe niektóre myśli, ale myślę, że dla ogółu one nie będą nic wnosiły nowego.
Na tym poprzestanę i przepraszam, że nie patrzyłem na zegarek, jak długo to trwało, zajęło to trochę czasu, ale tak jak powiedziałem, 70 lat streścić to nie sposób. Zdaję sobie sprawę, że to jest niedoskonałe, nie wszystkie może szczegóły ująłem, może niektóre, o niektórych więcej powiedziałem. W każdym razie niechaj to wspomnienie, niechaj ten rys historyczny o jednym ze zborów epifanicznych, który jest we Wrocławiu, będzie przyczynkiem do tego, aby służyć Panu, cenić prawdę, przywileje braterskiej społeczności itd.
I życzę wszystkim słuchaczom tego sprawozdania wiele, wiele błogosławieństwa Bożego. Dziękuję za uwagę.
BRAT SŁAWEK: Ja ze swojej strony chciałbym bardzo podziękować. Członkiem zboru wrocławskiego byłem przez około 10 lat, rozpoczynając moją obecność tutaj od roku 2001. Był to czas spędzony często w bardzo miły sposób. Pamiętam zbór wrocławski jako miejsce, gdzie można było ogrzać się, chociaż rzeczywiście, może dopowiem, podczas tej dekady pojawiło się kilka takich zdarzeń, jak np. Wypadek czy później wesele. Był czas spędzony na rozważaniu długości czasu sędziów, to też było znamienne. Później było sześćdziesięciolecie zboru, dla której to potrzeby sporządziliśmy specjalny film wideo, który jest dostępny.
No i następne lata to jest okres taki, w którym zarysował się pewien kryzys w ruchu epifanicznym w Polsce w ogóle. Kończąc to nagranie, należy o nim wspomnieć, mając jednakże nadzieję, że ta ilość lat 70, która wymieniona jest przez psalmistę, że lat 70, a co więcej, co łaska, w stosunku do zboru wrocławskiego się nie spełni, że ten zbór będzie żył dłużej. Ja jako dziennikarz miałem szansę relacjonować stulecie zboru braci Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w Opolu, a zatem jest to możliwe i tego należy życzyć właśnie tutaj braciom z Wrocławia, aby ten zbór żył 100 lat, a nawet dłużej.
Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które nas słuchały, słuchały tego z zainteresowaniem, tak jak ja słuchałem. No i cóż, spotkajmy się przy nagraniu z okazji 80-lecia zboru wrocławskiego.
BRAT JÓZEF: Najpierw 70-lecia.
SŁAWEK: A to będziemy świętować. Dziękuję za uwagę.
________
Zobacz inne świadectwa.