Świadectwo Marka

Świadectwo mojego życia i nawrócenia

(dotyczy okresu od dzieciństwa do czasu krótko po nawróceniu)

Mam na imię Marek. Byłem jedynym dzieckiem moich rodziców. Nie pamiętam za dużo szczegółów z mojego dzieciństwa oprócz jednego aspektu, który wystraszył mnie na kilka następnych lat (nie wiem jakie to dla mnie miało znaczenie). Gdy mieszkałem jako naprawdę małe dziecko na „starym mieszkaniu” w kamienicy, zobaczyłem pewną kobietę siedząca nad moim łóżkiem i wpatrująca się we mnie, jakby „staruszkę” (chyba z chustą na włosach), nie wiem ile miałem wtedy lat ale ze „starego mieszkania” wyprowadziliśmy się przed 5. urodzinami. Nie wiem czy ta okoliczność była jak się obudziłem czy jakaś inna (np. sen), ale ten obraz mam do dziś w pamięci choć już trochę jak przez mgłę. To wydarzenie spowodowało, że wiele lat (chyba do co najmniej 15. roku życia) usypiałem przy zapalonym świetle, lub/i przykryty cały kołdrą. Poza tym przeżyciem (choć chyba do dziś nie lubię poruszać się w całkowitej ciemności) dzieciństwo nie było zbyt udane, choć mama bardzo się starała. Były to lata osiemdziesiąte więc był to czas częstych imprez tzw. domówek, alkohol przewijał się dość często a także były to czasy, że w pracy ludzie nie stronili od alkoholu i imprezowania. Po prostu takie były czasy. Z tego tytułu miałem dużo nieprzyjemnych przeżyć, martwiłem się o rodziców, ich zachowanie było inne, w przeciwieństwie gdy był „normalny dzień” to była jakby normalna kochająca się rodzina. Tak lata leciały, aż rodzice się rozwiedli, choć i tak jeszcze jakby ich związek trwał w dużych zawirowaniach. Nie wiem czy z tego powodu czy z innych, ale wszystkie weekendy, ferie i wakacje zacząłem spędzać u mojej babci na sąsiednim osiedlu, chyba od około 10. roku życia, bo sam mogłem jechać autobusem.

Ogólnie jako dziecko napatrzyłem się dużo na problem alkoholowy i różne konsekwencje tego nałogu m.in. pamiętam taki weekend, że wracając do domu nie wiedziałem co zastanę bo tata powiedział, że .. nie pamiętam dokładnie „…ale że może mamę zabić z jakiegoś tam powodu”, chyba miałem około 13 lat. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu, kotłujące się myśli, wizja przyszłości, ogólnie traumatyczne przeżycie.

Potem mama miała „epizod” drugiego męża – związek trwał naprawdę chwilę, to była też totalna pomyłka. Tak więc doszliśmy do momentu, że ogólnie mieszkaliśmy razem z mamą  sami, po trudnym okresie, gdy ojciec też mieszkał z nami, ja z mamą w dużym pokoju a tata w małym. Ciężki czas: kłótnie, awantury, po prostu ciemność.

I tak w końcu zaczęło się życie tylko z mamą (poczułem ulgę i względny spokój), która robiła co mogła żeby wiązać koniec z końcem. Był to okres szkoły średniej. I chyba z tamtego czasu urodziła się myśl (sam dokładnie nie wiem kiedy), że jak masz na kogoś w życiu liczyć to licz tylko na siebie, co przejawiało się także dużym egoizmem i zaspokajanie swoich potrzeb. Był to okres, gdy podejmowałem jedną lub dwie wakacyjne prace /kopanie rowów pod różne instalacje, bardzo ciężka praca choć teraz z perspektywy czasu nieobciążająca umysłowo 🙂 / w technikum kreśliłem bardzo dużo rysunków technicznych po nocach żeby zarobić na „markowe” rzeczy, żeby czuć się dobrze, czuć się „lepszym” – tak na tamten czas myślałem. Byłem też młodzieńcem niepewnym siebie, ale z biegiem czasu zaczęło się to zmieniać, zwłaszcza gdy dostrzegłem, że mam powodzenie u dziewczyn. Z tamtej perspektywy był to bardzo fajny okres, bo dużo się działo w stosunkach damsko-męskich. Były imprezy, spotkania towarzyskie, no działo się, choć w szkole szło mi dość dobrze poza epizodem, gdy mama wyjechała zagranicę i opuściłem się w nauce, bo uczyłem się jakbym musiał, a nie chciał i musiałem mieć kogoś mnie motywującego, mniej lub bardziej. Pojawiał się też alkohol, ale to były takie akcje piątkowe imprezowanie z kolegami przy tanim winie. Tak ogólnie to chyba mam takie wrażenie, że utraciłem swoje ja i swoją szczerość. Chciałem się „wpasowywać w towarzystwo”, być zaakceptowanym, być zauważanym, być kimś znaczącym. Nadmieniam, że na tamten czas moją najlepsza przyjaciółką była moja mama, z którą mogłem zawsze o wszystkim porozmawiać, dosłownie o wszystkim, udzielała mi trafnych rad, ale też z perspektywy czasu miała na mnie bardzo duży wpływ, bardzo liczyłem sie z jej zdaniem i jej potrzebą akceptacji. Ze względu, że nie dostałem się na studia „mundurowe” poszedłem do studium finansów, żeby roku nie zmarnować, a w wakacje pracowałem u wujka, żeby zarobić na czesne na cały rok. Tam poznałem moją żonę. Po jakichś 3 miesiącach zaczęliśmy się spotykać, było bardzo i to bardzo fajnie.

Lecz po chyba około 7-8 miesiącach rozstaliśmy się, bo szedłem na studia techniczne i nie chciałem być rozpraszany, bo bardzo mi zależało na skończeniu szkoły (po pracy wakacyjnej przy łopacie – motywacja była znacznie większa), a nie wiedziałem czy to jest ta jedyna, bo kobiety przewijały się w moim  życiu i nie wiedziałem czy to zauroczenie czy prawdziwa miłość, a po drugie jest ode mnie 3 lata starsza więc też nie chciałem marnować jej czasu gdyby coś nie poszło. Po zerwaniu płakałem i płakałem, ale stwierdziłem że studia ważniejsze.

Po pierwszym roku studiów z pierwszą lokatą, okoliczności się tak potoczyły, że wiedziałem gdzie zaczęła pracę moja „eksdziewczyna”. Na uwagę zasługuje fakt, że w tym czasie żadna inna dziewczyna nie zakręciła mi w głowie, bo dużo o niej myślałem i myślami do niej wracałem. Tak też w końcu się spotkaliśmy, okazało się że ona czuje to samo co ja i ja byłem już zdecydowany żeby się z nią ożenić, mając niespełna 22 lata. I tak też się stało. Nie był to łatwy okres bo docieranie się dwóch ludzi nie było łatwe, nasze charaktery bardzo się różnią i było bardzo dynamicznie, nieprzyjemnie, a zwłaszcza, że wspólne życie zaczęliśmy od mieszkania z jej rodzicami, a potem z moją mamą. Ale zawsze na pierwszym miejscu była nasza wspólna miłość (niewyobrażalna). Każde z nas było pod wpływem swoich mam. W końcu zamieszkaliśmy w swoim mieszkaniu i po jakimś czasie przyszedł na świat nasz syn. W międzyczasie dostałem prace jako konstruktor, generalnie praca wymarzona dla moich umiejętności kreślarskich, a potem zmiana pracy na zgodną z kierunkiem studiów, miała być perspektywiczna. Czas narodzin był dobrym czasem, dużo się opiekowałem synem, bo żona wcześnie wróciła do pracy, chodziło o to, żebyśmy mieli środki do życia. Ogólnie to nie mieliśmy za dużo ale w sumie niczego nie brakowało, tylko człowiek chciał samochód, wakacje itp. – więcej i więcej dla siebie, dla dziecka, dla spełniania własnej ambicji.

Po kilku latach zmieniłem pracę na pracę z dużą stabilizacją (służby mundurowe) i to w zawodzie zgodnym z moim kierunkiem studiów. Bardzo mi się podobała ta praca, szybko awansowałem, ale pochłaniało to wszystko bardzo dużo czasu i energii. W głowie była myśl „musisz robić to jak najlepiej żeby nikt ci niczego nie zarzucił, żebyś został dostrzeżony, dalej doceniony, po prostu w moim mniemaniu byłem perfekcjonistą ukierunkowanym na cel. I tak się działo, ja wypompowywałem się ponad „normę” będąc skupiony głownie na sobie, na zarabianiu pieniędzy, poprawie swojego statutu finansowego i zawodowego. A granice ciągle się przesuwały z każdą podwyżką, z każdym awansem. Z biegiem czasu robiłem to chyba też dla rodziny, żeby im niczego nie brakowało – ale im zabrakło mnie. Mnie, w tym wszystkim oddany tylko pracy, spełniając swoje marzenia, m.in. budowa domu, a to wszystko nie wytrzymując często ciśnienia, presji, radzenia sobie z emocjami, było zakrapiane drinkami. I tak wszystko się działo choć z tytułu „drinków” nie zaniedbywałem chyba jedynie pracy, a całą resztę tak łącznie z synem. Osiągałem wszystko, to co chciałem, ale tak naprawdę przegrywałem, traciłem moją rodzinę. Bo w końcu są jeszcze oni oprócz mnie. Tak to trwało do 43 roku życia w zniewoleniu, strachu utraty tego, co się „zdobyło”, pogoni i szukaniu innych „wrażeń” dochodząc do momentu kulminacyjnego – beznadziei życia. Zero zadowolenia. Zero satysfakcji. Dosłownie z niczego. Skłonny to wszystko sprzedać podzielić się z żoną i niech każdy pójdzie swoją drogą, dla dobra syna żeby nie oglądał tej naszej wspólnej destrukcji.

I tak doszliśmy do 16 października 2019 roku.

Tego dnia przyszli do mnie moi znajomi (małżeństwo – nasi przyjaciele) z zaległymi życzeniami urodzinowymi. W ramach podarunku urodzinowego otrzymałem m.in. od mojego przyjaciela Biblię z dedykacją oraz kilkoma słowami w tym zakresie m.in. „żeby to nie była dla ciebie tylko książka…”.

Nadmienię, że około 2-3 lata wcześniej ten przyjaciel opowiedział mi o swoim nawróceniu i oddaniu życia Bogu. I tak naprawdę przez ten czas tego tematu nie poruszaliśmy. (Pomyślałem: on taki racjonalny a tak „leniwie” powierzył życie Bogu??? a gdzie m.in. trzymanie życia w swoich rękach, kompletnie tego nie rozumiałem, wręcz byłem zszokowany i zdezorientowany).  Było to wszytko dla mnie na tamten czas zbyt abstrakcyjne.

Tamtego dnia tj. 16.10.2019 roku byłem w strasznym stanie emocjonalnym gdy przyszli do mnie znajomi, po otrzymanych życzeniach i podarunkach, rozmawialiśmy o różnych sprawach. W pewnym momencie opowiedzieli mi o swoim wyjeździe weekendowym na jakieś grupowe spotkanie chrześcijańskie i opowiedzieli nam co tam przeżyli, co wydarzyło się ponadnaturalnego, wraz z uzdrowieniem. Brzmiało to wszystko nieprawdopodobnie, ale tak sobie myślałem „znamy się tyle lat, ufam im, dlaczego mieliby zmyślać”.

Wtedy otworzyłem się i tak naprawdę zdjąłem „swoją maskę życiową” (pomimo że jest to mój najbliższy przyjaciel, to nigdy nie otworzyłem się tak głęboko” i zacząłem mówić, że mam dosyć tego życia, chciałbym zniknąć, nic mnie nie cieszy, wszytko mnie dobija, w tym relacje w domu, pomimo odnoszonych „sukcesów” w pracy i otrzymanego ostatniego awansu, chęci rozwiedzenia się, żeby syn nie patrzył na to jak się z żoną wzajemnie ranimy itp.. Byłem poprostu kompletnie zdesperowany. Na niczym już mi chyba nie zależało, czułem ogromny ból wewnętrzny (pustkę, totalną pustkę), bezsens istnienia, zniewolony uzależnieniami (alkohol) i pożądliwościami wszelkimi. Nachodziły mnie takie myśli, że mogę być bardzo złym człowiekiem (i tak nim byłem) ale naprawdę bardzo, bardzo złym człowiekiem (który w sprzyjających okolicznościach byłby po stronie ciemności, bardzo głębokiej ciemności) a z drugiej strony czułem, że mogę być też dobry, choć moje życie temu przeczyło – oprócz ciągłego bólu wewnętrznego (i obwiniania siebie lub innych), zdając sobie chwilowo sprawę z tego, że źle postępuję choć do tego ciągle powracam i przekraczam kolejne granice w tym moralności, sprawiedliwości, itp.

Dodatkowo byłem bardzo oddany mojej pracy, żeby zarabiać, spełniać swoje marzenia i potrzeby materialne, zapominając często o rodzinie (żonie i synu), nie uwzględniając zbytnio ich potrzeb, no może poza rekompensowaniem czasami w formie materialnej swojego zachowania, nieobecności i niefajnego często traktowania. A równocześnie moje życie zawodowe było na „dobrym poziomie”, odhaczałem szczebelki w drabinie „kariery”. Ostatni awans 01.03.2019 roku, który z zasady miałby być ostatnim. A myślałem w głębi duszy: i co dalej…?

Podsumowując miałem poczucie, że czego bym nie osiągnął, czego bym nie posiadał, to nie da mi żadnego zadowolenia, bo będę chciał ciągle więcej i więcej, i ta historia nie będzie miała końca –  tylko ciągły ból, spinanie się, nie bycie sobą bo trzeba mieć maskę założoną żeby w tym świecie żyć, awansować, lansować się (zabiegać o aprobatę innych ludzi), a z biegiem czasu jest się już tym wszystkim tak przesiąkniętym (pysznym), że się nienawidzi samego siebie. Czuje się odrazę do siebie, do czego się człowiek posuwa, co musi znosić i tak naprawdę nie jest się w stanie nad tym zapanować, wszystko tak naprawdę dzieje się poza kontrolą, moja kontrolą.

Po wyrażeniu tego co czuję, w jakim jestem stanie, powiedziałem mniej więcej coś w tym znaczeniu „że jestem gotowy na wszystko bo walczę sam latami z tym wszystkim i pragnę, żeby to wszystko się zmieniło, cokolwiek to będzie – byle się moje życie zmieniło, żeby życie przestało boleć” mówiąc to chyba mówiłem bez żadnej nadziei, ale chyba z prawdziwym pragnieniem ale i uczuciem beznadziejności, nie wiedząc „na co się piszę…”.

Pojechałem jeszcze za 2 dni na umówiony od dłuższego czasu weekend z kolegami, taki męski weekend. Znowu poległem, brak kontroli ale chyba w głębi duszy traktowałem ten weekend jako pożegnalny. Że już tego nie chcę robić tzn. m.in. pić a przynajmniej w takiej formie jak do tej pory tracąc kontrolę nad sobą („urwane filmy”), utratę resztek godności wewnętrznej. I tak sobie siedząc nad Wisłą w niedzielę, w celu odparowania „procentów alkoholowych” powiedziałem, mniej więcej „Boże jak dasz mi bezpiecznie dojechać do domu to rzucę to picie ale daj mi bezpiecznie wrócić do domu”

Wróciłem bezpiecznie. I od końcówki października 2019 roku zaczęliśmy wspólnie z tymi znajomymi studiować Ewangelię Jana – regularnie co tydzień. Przy okazji tych spotkań, które trwały pewnie średnio po 7 godzin, rozmawialiśmy o wierze, świadectwach, i wszelkich tematach z tym związanymi. Często nie mogłem zrozumieć o czym oni mówią, bo tego nie czułem, rozum podpowiadał „o co im chodzi”. Ale z każdym tygodniem doznawałem poznania i rozumienia omawianych kwestii. A w między czasie czytałem Nowy Testament. W tym czasie coś zaczęło się we mnie zmieniać, zaczynałem czuć, po prostu czuć to czego nie czułem podczas naszych rozmów na początku czytania ewangelii. I tak z każdym tygodniem poznanie było coraz większe, zaczęło pojawiać się pragnienie poznawania, więcej i więcej i więcej – chcę i pragnę więcej.

Na przełomie listopada i grudnia 2019 skończyłem czytać Nowy Testament. Były to późne godziny wieczorne. Zrobiło mi się smutno co będzie się działo w czasach ostatecznych.

Wspaniałe i cudowne jest doznawanie dotykania przez Boga, doznawania jego istnienia i jego działania, m.in. poprzez wysłuchiwane modlitwy a nawet niewypowiedziane myśli, i tylko chce się więcej i więcej żeby poznawać słowo Boże, być posłusznym w każdym aspekcie swojego życia, dla chwały Bożej, z miłością i wdzięcznością.

22.12.2019 roku to data mojego chrztu wodnego.

Moje życie w ostatnim kwartale 2019 roku całkowicie się odmieniło, zacząłem dostrzegać świat z innej perspektywy, dostrzegać moc i wielkość naszego Stwórcy, jego doskonałości, dobroci i cierpliwości. Poddawany jestem różnym próbom i lekcjom za co jestem bardzo wdzięczny, moja percepcja jest już inna, i cały czas jakoś ulegam przemianie, jest to cudowne, są dni lepsze i gorsze, ale cudowne jest to że pomimo upadków i potknięć Pan pomaga mi wstać, iść dalej i się doskonalić na wzór naszego Pana, choć droga daleka…. a czasu coraz mniej. Każdego dnia dziękuję Bogu że Bóg Ojciec tak mnie umiłował przez dar łaski w Jezusie Chrystusie, mnie – człowieka tak grzesznego, tak bardzo grzesznego człowieka. W końcu moje życie nabrało sensu…. to był ten najważniejszy element mojego istnienia, brakujący element mojego istnienia!!!

Wcześniej za starego życia, udział w mszy był dla mnie ciężkim i nudnym przeżyciem, zmarnowanym czasem, choć zdarzało się to głównie przy okazji różnych okoliczności. Afirmowałem o różne rzeczy, głównie materialne lub awanse, wierzyłem w istnienie siły wyższej, jak była trwoga to kierowałem słowa do Boga, w pewnych kwestiach nie miałem pełnej świadomości grzechu, co dla Boga jest obrzydliwością, znałem tylko dekalog. Stare życie było poza kilkoma fantastycznymi momentami ciągłym stresem, cierpieniem, strachem, ogromnym strachem utraty czegokolwiek, w tym śmierci (poprzez chorobę, np. nowotwór), tak minęły przeszło 43 lata mojego życia, gdy myślałem że wszystko zależy ode mnie, od ciężkiej pracy, i moich chęci. Żyłem w ogromnym błędzie i wielkiej nieświadomości.

To dopiero początek mojej drogi, dużo do poznania, studiowania słowa Bożego, i poddawania się woli Bożej, żeby oddać Bogu każdy aspekt swojego życia i nie podejmować prób ludzkiego działania, bo to się nigdy nie udaje. Moje działanie ma być poddane (posłusznie) działaniu Ducha Świętego, pragnę tego całym duchem i sercem. Nie ma żadnych ograniczeń – tylko muszę to wszystko umieć przyjąć, to co dla mnie Pan przygotował. Przechodzę wszystkie lekcje jakie dostaje i uczę się każdego dnia jak „brać codzienny krzyż” dla Pana Boga w Chrystusie Jezusie. Staram się dążyć do wszelkiej doskonałości jaką w Nim poznaję każdego dnia…. na ile to jest możliwe do osiągnięcia…

Dziś 17.11.2021 – prawie po dwóch latach – od powierzenia życia Chrystusowi… wiem że póki co możemy osiągnąć doskonałość intencji i dążenia do jak najlepszego wykonania… na ile nas stać… i wiem, że Pan prowadzi… nawet gdy jest to bardzo zaskakujące czego dowiadujemy się o samym sobie… jak ślepi jesteśmy na tyle spraw w nas… i w nauce Bożej. Miejmy otwarte oczy serca… a PRAWDA NAS WYZWOLI… dzień po dniu… nieustannie… dzień po dniu… jeśli będziemy wiernie i posłusznie trwać… doskonaląc się w MIŁOŚCI… a w sumie dając się doskonalić 🙂

___
Zobacz inne świadectwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.