Bardzo często gdy mówimy o słowach wypowiadanych przez Naszego Pana, myślimy o jego nauczaniach, o przypowieściach, wykładniach proroctw, kazaniach czy napomnieniach, ale Jezus używał też jeszcze jednego sposobu komunikacji, jeszcze w inny sposób starał się dotrzeć do słuchającej go osoby – tą metodą były PYTANIA.
Według różnych źródeł i zależnie od tłumaczeń Nasz Pan zadał ponad 300 pytań, i kilka z nich będziemy chcieli dzisiaj przeanalizować.
Wykład wygłoszony przez brata Jonatana Urbana na spotkaniu chrześcijańskim w Bziance w marcu 2026 roku:
Jesteśmy teraz w szczególnym okresie przed pamiątkowym, to myślę także dobry pretekst by pochylić się nad kilkoma pytaniami jakie zadaje nam Nasz Pan.

Dlaczego w rozmowach, w przekazywaniu treści korzystamy z pytań?
Pytania służą do zdobycia jakiejś informacji, pytamy gdy czegoś nie wiemy i liczymy, że osoba którą pytamy ma tą informację.
Jak dojdę na rynek?
Jaka będzie jutro pogoda?
Ale pytamy też by się upewnić o coś, kiedy podejrzewamy coś, wydaje nam się, że wiemy ale chcemy to potwierdzić.
Masz ten telefon?
Dom zamknęłaś, prawda?
Ale to nie jedyne pytania jakie istnieją. Wiemy, że są też tkz. pytania retoryczne.
Ile razy mam ci powtarzać? Ach, po co mi było się tak starać?
W tym przypadku znamy odpowiedź, a i najczęściej osoba do której je kierujemy też rozumie ten kontekst i nie odpowiada wprost na to pytanie.
Psychologia zauważa, że można też zadawać pytania, które zdecydowanie bardziej przeznaczone są dla osoby pytanej niż dla pytającej.
Taka sytuacje często pojawia się w literaturze różnych filozofów, poetów, pisarzy, także u polityków, nauczycieli, sprzedawców i innych osób, które wykorzystują pytania by skłonić pytanego do przemyśleń, do refleksji, do tego by naprowadzić czyjś umysł i uczucia na coś.
Jest to pewna umiejętność, która zależnie od intencji pytającego, może być użyta w dobrym lub złym celu, bo pytaniami można kogoś pokrzepić na duchu, podnieść jego pewność siebie, odwagę, ale można też zasiać wątpliwość, osłabić ducha, obniżyć motywację itd.
Analizując pytania jakie zadawał Nasz Pan powinniśmy mieć 2 rzeczy na uwadze:
- Nasz Pan był mistrzem zadawania niezwykle trafnych, ponadczasowych pytań, bo był doskonałym człowiekiem, a dodatkowo był oświecony duchem świętym, był też Synem Bożym z przeszłością jako Logos w niebie
- Jego pytania zawsze miały właściwą i sprawiedliwą intencję, on nie korzystał z nich by manipulować, by odnosić z tego jakąś korzyść dla siebie
Byłem niezwykle zaskoczony ilością głębokich pytań jakie nasz pan zadał na kartach Ewangelii, część to pytania techniczne, część retoryczne jak na przykład: “Lecz czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi gdy przyjdzie?”, ale oprócz takich Jezus w rozmowie z Faryzeuszami, ze swoimi uczniami i innymi spotkanymi ludźmi, zadawał mnóstwo bardzo głębokich pytań – pytań na które znał odpowiedzi, bo wiemy, że znał serca ludzkie, widział co myślą jego rozmówcy, a jednak pytał…
Dlaczego?…
- Dla nich, dla ich dobra duchowego, dla ich opamiętania, dla ich wewnętrznego pogłębienia pewnej myśli czy idei.
Ale wiecie dla kogo jeszcze? Dla NAS – dla mnie i dla ciebie. Żeby to zostało spisane, i żeby wszyscy chrześcijanie później, w tym i my, mogli z tego skorzystać… co my dzisiaj postaramy się zrobić.
Mt 8:23-26: „Gdy wsiadł do łodzi, weszli za nim i jego uczniowie. A oto zerwała się na morzu wielka burza, tak że fale zalewały łódź. On zaś spał. A jego uczniowie, podszedłszy, obudzili go, mówiąc: Panie, ratuj nas! Giniemy! I powiedział do nich: Czemu się boicie, ludzie małej wiary? Potem wstał, zgromił wichry i morze i nastała wielka cisza.”
Czemu się boicie, ludzie małej wiary?
Nasz Pan zanim uciszył burzę, zadał swoim uczniom to pytanie. To pytanie wyraźnie sugeruje, że uczniowie nie powinni byli popadać w przerażenie, “Panie ratuj giniemy” – trochę ciężko im się dziwić, sytuacja na pewno nie do pozazdroszczenia…, ale Nasz Pan zwraca im uwagę, że ich wiara jest jeszcze zbyt słaba, pokazuje im nad czym mają pracować.
Gdyby mieli więcej wiary, wiary w moc Jezusa (a już widzieli jak czynił cuda) to ufali by, że podczas tej burzy we właściwym momencie On zainterweniuje.
Mogli by też go obudzić, ale zamiast mówić, “ratuj nas, giniemy!” – mogliby powiedzieć, “Panie, jesteśmy przerażeni burzą, ale wierzymy w twoją moc, wiemy że jesteś w stanie nas uratować, jeżeli taka jest twoja wola – pomóż nam”.
A czy nas, nie spotykają burze? Nie mamy problemów w życiu? Poważnych doświadczeń?
Oczywiście że mamy, i musimy wtedy pamiętać o tej naszej wierze, o zapewnieniach Boga i Jezusa, o ich mocy, by jeżeli będzie to zgodne z ich wolą, rozwiązać nam ten problem, dać wyjście z tej sytuacji.
Rz 8:28: „A wiemy, iż tym, którzy miłują Boga, wszystkie rzeczy dopomagają ku dobremu, to jest tym, którzy według postanowienia Bożego powołani są.”
Mogę powiedzieć z doświadczenia, że niestety czasem czuję to pytanie Jezusa, tak jak by mi je zadawał…
“Czemu się boisz, człowieku małej wiary?”
W życiu to wygląda tak, że często brakuje nam trzeźwego spojrzenia, szczególnie gdy coś się dzieje, gdy jesteśmy pośrodku jakiejś naszej “burzy”.
Ogarnia nas strach, wątpliwość, zniechęcenie…
i ALBO własnymi siłami próbujemy sobie poradzić – co często tylko pogarsza sytuację, bo w takim stanie podejmujemy złe decyzje, próbujemy zrobić coś, co przekracza nasze możliwości
ALBO będąc przytłoczeni tym co się dzieje, stajemy się sparaliżowani i bezsilni, popadamy w rozpacz, czy bezsilność i nie robimy nic…
Jezus nas wtedy pyta – “Czemu się boisz, człowieku małej wiary?” Czy nie wiesz, kim jestem? Nie znasz mnie? Nie pamiętasz, jak uciszyłem burzę na morzu? Jak już zrobiłem wiele rzeczy w twoim życiu?
Brak wiary lub zbyt mała wiara powoduje strach – to taki prosty morał z tej historii i pytania Naszego Pana, ale zaryzykuje inne stwierdzenie:
Posiadanie wiary nie usuwa strachu, ale nie daje temu strachowi panować nad sobą.
Bo to nie jest tak, że człowiek, który ma wiarę, nie boi się żadnej sytuacji…nie przejmuje się okolicznościami, doświadczeniami, które go spotykają, JEDNAK gdy mamy wiarę to potrafimy działać pomimo tego strachu, potrafimy szybko skierować nasze myśli do Boga, do Naszego Pana, przypomnieć sobie ich zapewnienia i obietnice.
W ten sposób pozbywamy się tego strachu, przychodzimy w modlitwie do Boga i mówimy, tak jak mogliby powiedzieć apostołowie: “boję się, okoliczności są dla mnie trudne, ale wiem, że Ty panujesz nad wszystkim i wszystko co się dzieje w moim życiu służy ku mojemu duchowemu dobru.”
Nasz Pan nie rzucał tego “Czemu się boicie, ludzie małej wiary?” bo się zdenerwował, po to by ich zbesztać i tyle.
On chciał żeby oni później zapamiętali te słowa, żeby zauważyli, że to ich brak wiary spowodował to ich przerażenie…
Jak inaczej by oni to zauważyli? Najlepiej właśnie w takim doświadczeniu.
To krótkie pytanie od razu też dawało szansę na rozwój, odtąd wiedzieli, że muszą popracować nad swoją wiarą, nad zaufaniem do Jezusa.
Tu jest cały proces, który zaszedł w ich głowie:
Od zrozumienia problemu, takiej nawet można by powiedzieć okazji do pokuty, poprzez zdanie sobie sprawy co muszą rozwijać, na czym się skupić by następnym razem było lepiej, by nie popadać w takie przerażenie…
Wiemy, że później sami mówią do Jezusa, “Panie, przymnóż nam wiary”
U NAS jest podobnie, będąc w takiej sytuacji, w jakiś doświadczeniach, gdy one miną to takie pytanie, może nas otrzeźwić, dać szansę spojrzenia w głąb siebie, zamiast skupiać się na tym co się stało, na konsekwencjach, możemy powiedzieć:
“Dziękuję Panie, że dałeś wyjście z tej sytuacji, z tego doświadczenia, a dzięki pytaniu jakie zadałeś swoim apostołom w łodzi, zdałem sobie sprawę, że brakuje mi wiary, Pani przymnóż mi tej wiary, daj sposobność bym mógł rozwijać swoją łaskę wiary.”
Innym razem Nasz Pan opowiada przypowieść i tam pada takie pytanie:
Łk 6:41: „Czemu widzisz źdźbło w oku swego brata, a na belkę, która jest w twoim oku, nie zwracasz uwagi?”
To pytanie jest bardzo mocne, ono nie potrzebuje wielu wyjaśnień. Nasz Pan używa ciekawego porównania, na zasadzie dużego kontrastu.
Źdźbło/Drzazga i belka… niezależnie co kto przez to dokładnie rozumie, to jest wyraźna różnica między drzazgą i belką, czemu Jezus tak to ubrał w słowa?
Mógł przecież powiedzieć, “czemu widzisz niedoskonałości innych, a swoich nie widzisz?”
Nasz Pan jednak dodaje, że czasem nasze winy, niedoskonałości, błędy, grzechy są znacznie większe niż te u drugich, więc nie powinniśmy za szybko osądzać i bardziej skupić się na sobie i swoich wadach, niż tych u drugich.
To pytanie ma nam zdać sobie sprawę, że możemy mieć jako ludzie tendencję do oceniania i krytyki innych, a co do siebie, to jesteśmy tolerancyjni, i nie widzimy wielu rzeczy, z którymi my mamy problem.
Wydaje mi się, że Naszemu Panu nie tyle chodziło o to, że my zawsze mamy większe wady i grzechy niż drudzy, bo nie zawsze tak jest…tu chodzi o nasze podejście do drugich…
Czy bardziej jesteśmy skłonni widzieć złe rzeczy u innych niż u siebie?
A może lubimy wyszukiwać u innych ich wady, grzechy czy słabości?…
Bo czasem jest tak, że to nasz bliźni, brat czy siostra – mają źdźbło/drzazgę w swoim oku, a może i nawet tą belkę, a Biblia mówi nam o potrzebie strofowania bliźnich np.
1Tym 5:20: „A tych, którzy grzeszą, strofuj w obecności wszystkich, aby i inni się bali.”
Więc jak to jest w końcu z tymi wadami u drugich, mamy je widzieć czy nie? Reagować czy nie?
Widzę takie dwa główne wnioski które wynikają z analizy tego pytania Jezusa.
- Nie możemy zapomnieć, że wszyscy jesteśmy grzeszni, Rz 3:23: „Albowiem wszyscy zgrzeszyli i nie dostaje im chwały Bożej.” a konsekwencją tego jest to że i my jesteśmy grzeszni, i to że zauważamy wady u drugich, nie daje taryfy ulgowej nam…
- Dopiero gdy już jesteśmy tego świadomi, to w duchu łagodności, najpierw mając świadomość własnych wad i słabości, możemy zwracać innym uwagę jeżeli sytuacja tego wymaga, zgodnie z
Gal 6:1: „Bracia, jeśli przydarzy się komuś jakiś upadek, wy, którzy jesteście duchowi, poprawiajcie takiego w duchu łagodności, uważając każdy na samego siebie, abyś i ty nie był kuszony.”
Gdy więc zauważamy jakąś wadę, grzech, upadek u drugiego to przypomnijmy sobie zawsze to pytanie:
„Czemu widzisz źdźbło w oku swego brata, a na belkę, która jest w twoim oku, nie zwracasz uwagi?”
Potraktujmy je jako takie przypomnienie, zabezpieczenie przed popadnięciem w pychę i ochronę przed niewłaściwym potraktowaniem bliźniego.
Mat 5:46: „Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią?”
To jest oczywiście fragment z kazania na górze, i sens wydaje się dość jasny, klika wersetów wcześniej Nasz Pan mówi, że należy miłować także swoich nieprzyjaciół, inaczej niż mówił zakon.
Miłowanie nieprzyjaciół jest oczywiście trudne w praktyce, i można by wiele na ten temat powiedzieć, ale co do zasady jest ona prosta i nie zastanawiamy się za dużo nad samym poleceniem jakie dał Jezus.
Natomiast kiedy podejdziemy do tego z punktu widzenia tego pytania, które pada w wersecie 46 to już możemy trochę inaczej do tego podejść.
Jezus mówi słuchaczom, czyli również nam, że musimy miłować naszych nieprzyjaciół, dlatego że miłość do tych którzy nas miłują nie jest żadnym dowodem rozwoju naszej miłości, nie jest najwyższą formą miłości jaką mamy rozwijać.
Innymi słowy, “to żadna sztuka miłować tych, którzy nas miłują” , są tacy co i z tym mają problemy ale to są wyjątki, większość ludzi odwzajemnia miłość wobec bliskich, którzy okazują im miłość. Rodzina, przyjaciele, dobrzy sąsiedzi, jakaś wspólnota, społeczność, tam zwykle w dwie strony obdarzamy się miłością…
Ale prawdziwą sztuką jest miłować także tych którzy są wobec nas obojętni, a szczególnie ci którzy są z jakiegoś powodu naszymi wrogami.
No ale to też jest jasne, co więc jeszcze wnosi to pytanie?
Powinniśmy sobie je zadawać, gdy właśnie mamy sytuację gdzie próbowana jest nasza miłość wobec nieprzyjaciół.
Powinniśmy o nim pamiętać gdy jesteśmy z siebie zadowoleni bo miłujemy naszych bliskich, i wydaje nam się, że praktykujemy w życiu miłość – taka miłość jest niekompletna, niepełna, niezgodna z tym co nauczał nas Jezus.
Gdy więc przyjdzie trudna sytuacja, mamy z kimś konflikt, ktoś nam przeszkadza, denerwuje nas, to przypomnijmy sobie to właśnie pytanie Naszego Pana:
“Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę?…”
To jest podobnie jak wtedy gdy apostoł Jakub pyta: Jak 2:19: „Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.”
– One wierzą, ale nie są wierne Bogu, nie słuchają jego, nie mają uczynków, które by wskazywały na to, że coś z tą swoją wiedzą robią.
Podobnie my w tym przypadku, gdy tylko miłujemy tych, którzy nas miłują.
Często lubimy wyrażać swoją miłość do braci, i dobrze że to mówimy, dobrze by było jeżeli też byśmy to praktykowali zgodnie z tym jak mówimy ale to nie jest wszystko…
A jak wygląda nasza miłość do tego sąsiada co nas denerwuje, do kuriera, sprzedawcy w sklepie, a może tych chrześcijan z innej społeczności, którzy czasem z nami dyskutują i coś nam zarzucają, a jak z nieprzyjaznymi kolegami w pracy, z wrogim szefem?
Tam też szczególnie powinniśmy pamiętać o tej miłości. To oczywiście nie taka sama miłość, nie na tym samym poziomie i nie tego samego rodzaju co, miłość do braci i sióstr, do żony, dzieci, rodziny cielesnej, ale jednak MIŁOŚĆ.
Jaka to miłość w tym przypadku?
Dobre życzenia wobec innych, brak chęci odpłacania złem, brak urazy, żalu, nienawiści — zamiast tego: zrozumienie, współczucie, gotowość do pomocy i przebaczenia w każdej chwili…
Dodatkowe: ZA KOGO MNIE UWAŻACIE?
Mt 16:13-17: „A gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swoich uczniów: Za kogo mnie, Syna Człowieczego, uważają ludzie? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, a jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. I zapytał ich: A wy za kogo mnie uważacie? Szymon Piotr odpowiedział: Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga żywego. Wtedy Jezus powiedział do niego: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie objawiły ci tego ciało i krew, ale mój Ojciec, który jest w niebie.”
W jaki sposób my słyszymy te pytania?
Często czytając Słowo Boże, historie takie jak ta o uciszeniu burzy na morzu i inne, na wykładzie czy na badaniu możemy usłyszeć takie słowa, ale możemy to też usłyszeć od naszych bliskich, rodziny, braci i sióstr ze społeczności, oni nam mogą zwrócić uwagę, przypomnieć na przykład, że nie powinniśmy się bać, że Bóg i Nasz Pan czuwają nad naszym życiem, że nic nie dzieje się przypadkowo, że powinniśmy pamiętać o swojej grzeszności i swoich wadach i nie szukać belek w oczach drugich, że rozwój miłości jest wtedy gdy potrafimy miłować nieprzyjaciół, bo nie jest sztuką miłować tych, którzy nas miłują.
Bóg ma swoje sposoby dotarcia do nas z tymi pytaniami, jednak często mam wrażenie, że my Mu to utrudniamy…, co mam na myśli?
Nie dzielimy się z innymi, tym co nas spotyka, doświadczeniami, które przechodzimy, nieraz jedyne co jesteśmy w stanie powiedzieć, to bardzo ogólne “proszę o modlitwę” – to jest dobre, ale czasem warto zdobyć się na odwagę, schować dumę do kieszeni, i powiedzieć coś więcej, naszej rodzinie, przyjaciołom, ale także w społeczności duchowej.
Mogę to śmiało powiedzieć, bo sam mam problem z tym, by tak robić, gdy mnie spotyka jakieś doświadczenie, jakaś trudna sytuacja. Czasem nie można wszystkiego powiedzieć przy wszystkich, to jest jasne, ale często to tylko nasz strach…
Tego uczy nas nie tylko doświadczenie, ale i Biblia.
Jk 5:14-16: „Choruje ktoś wśród was? Niech przywoła starszych kościoła i niech się modlą nad nim, namaszczając go olejem w imię Pana. A modlitwa wiary uzdrowi chorego i Pan go podźwignie. Jeśli zaś popełnił grzechy, będą mu przebaczone. Wyznawajcie sobie nawzajem upadki i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego.”
Chorować można fizycznie, ale można też chorować duchowo, mieć jakieś inne doświadczenia.
To czy decydujemy się by podzielić się z braćmi tym co przeżywamy, jest też zależne od reakcji jakiej się spodziewamy. Możemy się bać jak inni nas potraktują, co o nas pomyślą, oczywiście często jest to fałszywe wyobrażenie, ale czasem są tam ziarenka prawdy
i tutaj zadanie dla nas wszystkich, gdy ktoś mówi o swoich doświadczeniach – by nie oceniać nikogo, nie krytykować, nie obwiniać za to co ich spotkało, nie mówić
– a najlepiej nawet nie myśleć, nie dać takiej sugestii – “myślałem, że jesteś silniejszy, że masz więcej wiary” itp.
Nie powinniśmy też rozpowiadać tego, czym ktoś się z nami podzielił, raczej okazać zrozumienie, zapewnić o swojej gotowości do pomocy, ale przede wszystkim wskazać na Boga i Chrystusa, na to kim Są, na Ich nieskończoną moc i opiekę nad swoimi dziećmi.
Taka nasza reakcja da komfort innym i nam gdy przyjdzie nasza kolej by dzielić się tym co nas trapi, naszymi potknięciami, problemami…
Gdy powiemy innym o naszej sytuacji, a oni właściwie zareagują to jest podwójne błogosławieństwo, dla nas i dla nich.
Ta świadomość, że inni modlą się za nami, to że zostaliśmy naprowadzeni na właściwe tory przez naszą duchową rodzinę – to właśnie wtedy Jezus do nas przemawia przez nich i może nam zadawać te pytania.
Te pytania więc, które nam zadaje nam Jezus możemy odnaleźć czytając Słowo Boże, słuchając wykładów/kazań, podczas wspólnych rozważań, ale właśnie także rozmawiając i dzieląc się z innymi tym co dzieje się w naszym życiu.
One są bardzo celne, skłaniające nas do myślenia, do refleksji, zmuszają nas by nie tylko przeczytać czy posłuchać tych słów, ale poczuć je osobiście, tak jakby były skierowane do nas…bo są !
Do tego zachęcam…
Amen