Czy umiesz chodzić po wodzie?

Co prawda pierwszy tydzień roku jest już za nami, ale wciąż jeszcze można coś dopisać do listy postanowień noworocznych. A gdyby tak dopisać tam chodzenie po wodzie? Taką propozycję we wtorek, 6 stycznia, dał nam Bogdan Kwaśniewski ze zboru w Rybniku: 

Mat. 14:28, 29 –  A Piotr, odpowiadając mu, rzekł: Panie jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. A On rzekł: Przyjdź. I Piotr wyszedłszy z łodzi, szedł po wodzie, i przyszedł do Jezusa.

Życie chrześcijanina to droga do Królestwa Bożego, która nie jest tylko ludzkim wysiłkiem, ani wyłącznie Bożym działaniem. To współpraca człowieka z Bogiem – dwa nurty łączące się w jedną rzekę.

Pierwszy nurt to Boże działanie – Bóg przemienia nas w sposób, którego sami nie potrafimy dokonać. Jak mówi Jezus: „beze Mnie nic uczynić nie możecie”. Drugi nurt to nasza odpowiedź – Bóg nie zmienia nikogo wbrew woli. Duchowy wzrost wymaga naszego aktywnego zaangażowania.

Nasze życie duchowe to nie tylko praca nad sobą, lecz prawdziwa współpraca z Bogiem. To On w nas wzbudza pragnienia, kieruje naszymi krokami, koryguje błędy i wspiera nas w działaniu. Ważne jest, abyśmy potrafili rozróżnić, co należy do nas, a co jest w gestii Boga.

Obrazem tego procesu jest „szkoła Chrystusowa” – Chrystus prowadzi swoich uczniów przez różne lekcje życia, czasem łagodne, czasem trudne. Każda sytuacja, która nas zatrzymuje lub zaskakuje, niesie ze sobą pewne przesłanie. Jeśli przyjmiemy lekcję, staje się ona krokiem w kierunku dojrzałości; jeśli nie – doświadczenie zostanie powtórzone.

Najważniejsza jest wiara. Zaufanie Bogu pozwala, by nawet małe ziarenko wiary rosło w siłę, otwierając przed nami nowe możliwości: przenoszenie gór, doświadczanie cudów, chodzenie po wodzie – życie wykraczające poza ludzkie pojmowanie. Te lekcje nie były przeznaczone tylko dla Apostołów – są aktualne również dla nas dzisiaj.

Pytanie pozostaje: czy więc potrafisz chodzić po wodzie?

Mat 14:22-33: „₂₂ I zaraz wymógł na uczniach, że wsiedli do łodzi i pojechali przed nim na drugi brzeg, zanim odprawi lud. ₂₃ A gdy odprawił lud, wstąpił na górę, aby samemu się modlić. A gdy nastał wieczór, był tam sam. ₂₄ Tymczasem łódź miotana przez fale oddaliła się już od brzegu o wiele stadiów; wiatr bowiem był przeciwny. ₂₅ A o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, idąc po morzu. ₂₆ Uczniowie zaś, widząc go idącego po morzu, zatrwożyli się i mówili, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. ₂₇ Ale Jezus zaraz do nich powiedział: Ufajcie, Ja jestem, nie bójcie się! ₂₈ A Piotr, odpowiadając mu, rzekł: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. ₂₉ A On rzekł: Przyjdź. I Piotr, wyszedłszy z łodzi, szedł po wodzie i przyszedł do Jezusa. ₃₀ A widząc wichurę, zląkł się i, gdy zaczął tonąć, zawołał, mówiąc: Panie, ratuj mnie. ₃₁ A Jezus zaraz wyciągnął rękę, uchwycił go i rzekł mu: O małowierny, czemu zwątpiłeś? ₃₂ A gdy weszli do łodzi, wiatr ustał. ₃₃ A ci, którzy byli w łodzi, złożyli mu pokłon, mówiąc: Zaprawdę, Ty jesteś Synem Bożym.”

Spójrzmy na wydarzenie poprzedzające – rozmnożenie chleba.

Pan Jezus wystawia apostołów na próbę wiary. Widząc głodne tłumy, apostołowie mówią: „rozpuśćmy ludzi, niech idą do domu albo kupią coś do jedzenia”. Jezus odpowiada: „Wy dajcie im jeść”.

To słowa zaskakujące i pozornie niemożliwe do wykonania. Biblia podkreśla, że sytuacja ta była dla apostołów próbą wiary – sprawdzianem, czy zaufają Bożej mocy nawet tam, gdzie ludzkie możliwości zawodzą.

Mar. 6:34 – 38 – A wyszedłszy, ujrzał mnóstwo ludu i ulitował się nad nimi, że byli jak owce nie mające pasterza, i począł ich uczyć wielu rzeczy. A gdy już była późna godzina, przystąpili do niego uczniowie jego i rzekli: Miejsce jest puste i godzina już późna; Odpraw ich, aby poszli do okolicznych osad i wiosek i kupili sobie coś do zjedzenia. A On, odpowiadając, rzekł im: Dajcie wy im jeść. I powiedzieli mu: Czy mamy pójść i kupić chleba za dwieście denarów i dać im jeść? A on rzekł do nich: Ile macie chlebów? Idźcie i zobaczcie. A oni, dowiedziawszy się, powiedzieli: Pięć i dwie ryby.

Było tam 5000 mężczyzn, a razem z kobietami i dziećmi – około 10 tys. osób. Nawet dzisiaj nakarmienie takiego tłumu byłoby trudne. Gdy Jezus mówi: „Wy dajcie im jeść”, dla apostołów jest to niemożliwe. Dla naszego Pana jednak nic nie jest trudne. Mając tylko 5 chlebów i 2 ryby, nakarmił 10 tys. ludzi.

Nawiasem mówiąc: cud ten mógł przyciągnąć tysiące wielbicieli, ale Jezus szuka nie fanów, lecz naśladowców – dlatego nie ułatwia im drogi.

Szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście cuda, ale dlatego, że jedliście chleb i nasyciliście się.

Ta sytuacja była prawdziwą lekcją dla apostołów – Jezus wystawia ich na próbę, mówiąc: „Wy dajcie im jeść”. Jan podkreśla, że to była próba, bo Jezus dokładnie wiedział, co zamierza uczynić.

Rozmnożenie chleba to tylko jedna z wielu lekcji w „szkole Chrystusowej”. Pytanie brzmi: czy apostołowie zrozumieli przesłanie? A jeśli nie, może wynieśli z tego doświadczenia inną lekcję niż ta, którą Pan chciał im przekazać? Odpowiedź na to pytanie pojawi się później w naszym wykładzie.

Wiemy jednak na pewno, że tłum – lud izraelski – tej lekcji nie dostrzegł. Cud się dokonał, a oni nie rozpoznali nauczyciela, Mesjasza, na którego czekali przez wieki.

Po tym wydarzeniu Jezus poczuł zmęczenie i udał się na górę, aby w samotności modlić się do Ojca. Spędził czas sam na sam, co pokazuje, jak ważna jest chwila modlitwy – nie tylko dla duchowego wzmocnienia, ale też dla odzyskania sił fizycznych.

Tymczasem apostołowie mieli przepłynąć z Betsaidy do Kafarnaum – około 10 km. Wyruszyli około wieczora, gdy Pan odprowadził ich do łodzi. Jezioro Galilejskie jest wąskie i długie, więc płynęli przez północną część. Niedługo po wypłynięciu nadciągnął przeciwny wiatr, fale urosły i łódź była miotana – warunki były trudne i niebezpieczne nawet dla doświadczonych żeglarzy.

Apostołowie byli przerażeni. Fale, wiatr i ciemność sprawiały, że droga do brzegu wydawała się niemal niemożliwa. W podobnej sytuacji na tym samym jeziorze Jezus nie wspiera ich od razu, tylko śpi – świadome działanie, które miało wzmocnić ich wiarę i pokazać, że prawdziwy rozwój duchowy rodzi się w trudnych okolicznościach, nie w komfortowych warunkach.

Tym razem Jezusa w łodzi nie było w ogóle – apostołowie zostali sami, zdani wyłącznie na siebie, walczący z falami. Do łodzi przyszedł dopiero w czwartej straży nocnej, czyli między 3:00 a 6:00 rano. Antytyp wskazuje, że było to około 6:00. To oznacza, że spędził kilka godzin na modlitwie, co daje nam wskazówkę, jak ważny jest czas poświęcony na rozmowę z Bogiem.

O tej porze apostołowie przepłynęli już około 25–30 stadiów. Stadion to jednostka długości używana w starożytności – przyjmując stadium rzymskie, miało około 185 metrów. Apostołowie pokonali w ten sposób około 4,5–5,5 km. Wypłynęli około 18:00, a o 6:00 nad ranem byli dopiero w połowie drogi – z 10 km zrobili zaledwie 5 km. W normalnych warunkach taki odcinek pokonaliby w 2 godziny, ale fale i wiatr sprawiły, że walczyli niemal całą noc.

Jezus był w tym czasie zupełnie gdzie indziej, modląc się na lądzie. Apostołowie mogli pomyśleć, że gdyby był z nimi, uciszyłby fale – podobnie jak Marta mówiła, że gdyby Pan był przy Łazarzu, to on by nie umarł.

Pojawia się pytanie: czy Jezus modlący się na górze wie, co dzieje się z apostołami walczącymi z falami? Dokładnie wie.

Marek 6:48: „Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć.”

Mimo ciemności, silnego wiatru, wysokich fal i ewentualnego deszczu, Pan dokładnie wiedział, gdzie znajduje się łódź i jak do niej dotrzeć.

Skąd Jezus wiedział o wszystkim? Tylko jedno wyjaśnienie – Duch Święty Go prowadził. Jako Syn Boży był przepełniony Duchem i znał serca ludzi, ich myśli, uczucia i intencje.

Jan 2:25: „nie potrzebował, by ktoś Go pouczał o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku.”

Ale teraz pojawia się ważniejsze pytanie: jeśli Jezus wiedział, że apostołowie się zmagają, dlaczego nie przyszedł wcześniej? Dlaczego nie uciszył wiatru, gdy fale zaczęły narastać? Pozwolił, aby uczniowie znaleźli się w trudnych okolicznościach. Wszystko, co się działo, miało głębszy, duchowy sens, którego na początku nie mogli dostrzec.

A jak jest u nas? Kiedy jesteśmy na „wzburzonym morzu” życia, czy Pan wie, co się z nami dzieje? Wie doskonale. Gdy składamy Mu nasze ciężary, może się wydawać, że nic się nie zmienia – burza trwa, a czasem nawet się nasila. W takich chwilach mamy pokusę, by wziąć wszystko z powrotem na własne plecy, bo wydaje nam się, że jeśli nie przejmiemy kontroli, będzie tylko gorzej. Pan jednak często zwleka, bo dokładnie w ten sposób kształtuje naszą wiarę.

Prawdziwym problemem apostołów nie była burza, lecz niedojrzała wiara. Gdyby była silna, sytuacja nie stanowiłaby dla nich problemu. Jezus nie pomaga od razu, bo chce zrobić coś więcej niż tylko doprowadzić ich na drugi brzeg.

Podobnie i z nami – Bóg może nas uwolnić natychmiast, ale czasem czeka, aż doświadczenie wykona w nas swoją pracę. Chce zmienić coś w nas, zanim zadziała dla nas.

Choć możemy nie czuć Jego obecności ani kierownictwa, możemy być pewni, że Jezus o wszystkim wie. Widzi każdy szczegół, a także to, co ma się wydarzyć – za godzinę, jutro, za miesiąc. Wie dokładnie, gdzie jesteśmy na „morzu” życia i potrafi do nas dotrzeć nawet w najciemniejszych doświadczeniach, kontrolując fale, które mogłyby nas przytłoczyć. On wszystko ma pod kontrolą i nigdy nas nie zawiedzie.

Pytanie brzmi: wierzysz w to – nie teraz, wygodnie w ławce, lecz gdy jesteś na wzburzonym morzu?

W takich doświadczeniach, o których mówiliśmy, zawsze są dwa nurty: część po stronie Bożej i część po naszej stronie – one łączą się w jedną rzekę. Jeśli rozpoznajemy, że to, co nas spotyka, jest dopuszczone przez Pana, to kluczowe jest wytrwać w tym, co należy do nas. Chodzi o to, by się nie wycofać i nie poddać.

Żyd. 10:36: „Albowiem wytrwałości wam potrzeba, abyście, gdy wypełnicie wolę Bożą, dostąpili tego, co obiecał.”

Pytanie brzmi: czy mimo trudności wciąż wiosłujemy, starając się dotrzeć na drugi brzeg, nawet gdy jest ciężko, a warunki są przeciwne? Czy może puszczamy wiosła i pozwalamy, aby fale i okoliczności życia przejęły kontrolę – „mam dość, niech ta łódź dryfuje”?

Kiedy pojawiają się problemy – ze zdrowiem, relacjami, pracą, szkołą, z samym sobą, ze swoimi słabościami – a mimo wysiłków postęp jest niewielki, a przeciwny wiatr nie ustaje i po długim czasie jesteśmy dopiero w połowie drogi, pytanie pozostaje to samo: czy nadal wiosłujesz, czy poddajesz się i czekasz, aż trudny czas sam minie?

W tym wszystkim są dwie role – nasza i Boga. Bóg kieruje łodzią i okolicznościami życia – to Jego działka, na którą nie mamy wpływu. Nasza rola to wiosłować – podejmować wysiłek i zachować dobrą postawę, mimo przeciwności. Jako niedoskonali ludzie często próbujemy odwracać te role – chcielibyśmy, aby Pan wiosłował, a my decydowalibyśmy dokąd płynie. Gdyby tak było, nasze grzeszne pragnienia mogłyby prowadzić do duchowej straty, a nawet zagrozić naszemu wiecznemu życiu.

Dlatego naszą rolą jest wiosłować i zmagać się, a Bożą – aranżować doświadczenia i prowadzić nas przez nie, bo to w trudnościach najlepiej się rozwijamy.

I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Jezus zbliża się do łodzi, a uczniowie dostrzegają coś, czego się nie spodziewali – w nocy, po wzburzonych falach, zbliża się postać, która prawie mija ich łódź.

„…około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po morzu, i chciał ich wyminąć. Ale oni, ujrzawszy go, chodzącego po morzu, mniemali, ze to zjawa, i krzyknęli, Bo wszyscy go widzieli i przelękli się. „

Apostołowie byli przestraszeni – krzyczeli, bo nie rozpoznali Jezusa i myśleli, że to duch. To naturalna reakcja – w takiej sytuacji każdy by się przestraszył.

W tej scenie zawarta jest głęboka prawda duchowa dla każdego ucznia Chrystusa: Boża obecność w naszych doświadczeniach rzadko wygląda tak, jak sobie wyobrażamy. Patrzymy na trudności i odruchowo widzimy zagrożenie, niesprawiedliwość lub brak kontroli. Tymczasem w tym samym czasie stoi obok Ten, który nigdy nas nie opuści. Jego działanie często wykracza poza nasze schematy i dlatego trudno Go rozpoznać.

Często jedynym, co przesłania nam Bożą obecność, są nasze własne oczekiwania – chcielibyśmy mówić Bogu, jak ma nas prowadzić, co jest odwróceniem ról. W takich chwilach Jezus zaczyna od prostego wezwania do serca: „Zaufaj Mi i uspokój się”.

Druga ważna prawda jest taka: Boże błogosławieństwo często nie wygląda jak błogosławieństwo. Bóg dopuszcza burze, przeciwne wiatry, zakręty, które krzyżują nasze plany. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko działa przeciwko nam, ale w rzeczywistości te trudności stają się okazją do wzrostu. To, co wygląda jak ciemność, prowadzi w właściwym kierunku; to, co wydaje się stratą, okazuje się prawdziwym zyskiem.

Warto pamiętać, że w środku trudności błogosławieństwo nie wygląda jak błogosławieństwo. Burza jest narzędziem, którym Bóg kształtuje nasz wewnętrzny człowiek.

Kiedy Jezus staje przy apostołach, mówi prosto: „Ufajcie. Ja jestem. Nie bójcie się.” To nie tylko pocieszenie – to klucz do całego doświadczenia. Kluczem nie jest burza, lecz On i nasza ufność wobec Niego.

Ufność to decyzja – świadome skierowanie serca ku Bogu, którego nie widzimy, ale który widzi nas i jest przy nas. „Ja Jestem” przypomina, kim jest Ten, który stoi obok – Stwórca wiatru i morza, który nad nimi panuje. „Nie bójcie się” daje podstawę, by lęk ustąpił – nie tylko w wielkich doświadczeniach, ale i w codziennym stresie, napięciu czy zmęczeniu. Jezus wciąż powtarza te słowa, wnosząc spokój jak świeże powietrze do dusznego pokoju.

Pan nie uciszy burzy od razu – zarówno dla apostołów, jak i dla nas problemem nie są fale czy wiatr, lecz niedojrzała wiara, która rośnie, gdy nie można polegać tylko na własnych siłach.

Spójrzmy na Piotra. Mówi: „Panie, jeśli to Ty, każ mi przyjść do siebie po wodzie.” Piotr decyduje się na ten krok i słyszy słowa Jezusa: „Przyjdź, chodź do mnie.” W przypływie wiary Piotr wychodzi z łodzi i staje na wodzie, idąc do Pana.

Przyp. 3:5: „Zaufaj Panu z całego serca i nie polegaj na własnym rozumie.”

Żaden normalny człowiek nigdy by tak nie postąpił – zdrowy rozsądek kazałby zostać w łodzi podczas sztormu. Człowiek wiary kieruje się jednak Słowem Bożym. Piotr wychodzi, bo Jezus mówi: „Przyjdź”. Nie podejmuje tej decyzji sam: „Jeśli to Ty, pozwól mi przyjść do siebie po wodzie.” Dochodzi prosto do Jezusa, ale w pewnym momencie zaczyna tracić wiarę. W efekcie (1) odczuwa lęk i (2) zaczyna tonąć.

„Lecz na widok gwałtownego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie!”

Dlaczego Piotr zaczął tonąć? Wiatr i fale wcale się nie zmieniły – od dwunastu godzin były takie same. Zmieniło się coś w Piotrze. Wcześniej patrzył duchowo, z wiarą, dzięki czemu mógł iść po wodzie. Teraz patrzył po ludzku, oceniając sytuację swoimi oczami. Widok gwałtownego wiatru i wysokich fal wywołał w nim lęk. Zapomniał, że człowiek wierzący patrzy inaczej – i dlatego zaczął tonąć, tracąc właściwą perspektywę… a przed chwilą jeszcze tak myślał.

Jakimi kategoriami myślimy, braterstwo? Czy nasze oczy wiary są szeroko otwarte, czy wciąż przeważa ludzki rozum? Patrzymy na fale wokół nas, czy wsłuchujemy się w głos Pana, który mówi: „Nie bój się, jestem z Tobą, zaufaj Mi”?

Czy pamiętamy, że Ten, który stworzył niebo i ziemię, dla Niego nie ma sytuacji bez wyjścia? Nakarmić dziesięć tysięcy ludzi, gdy nie ma ani jednego sklepu, czy uciszyć burzę – dla Niego to żaden problem. Tylko świadomość Bożych obietnic i Jego mocy pozwala iść po wzburzonym morzu. Tylko taka postawa sprawia, że nie będziemy się bać i w związku z tym nie zatonąć.

Doświadczenie Piotra pokazuje również, że nawet jeśli nasza wiara wydaje się mocna i przeszliśmy kilka kroków w stronę Zbawiciela, możemy ją stracić z oczu, gdy patrzymy na życie naszymi ludzkimi oczami. Zastanawiamy się: gdzie znajdę pracę, jak utrzymam rodzinę, co inni pomyślą… To poleganie na własnym rozumie i troska o rzeczy, które leżą poza naszą kontrolą. Nie jest to jednak powód do załamywania się ani do strachu przed „gwałtownym wiatrem i falami” – to właśnie nie jest nasza rola tylko Boża. Tylko On ma pełną kontrolę nad okolicznościami życia; dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Dla nas wiele z tego, co chcielibyśmy zrobić, jest po prostu niemożliwe.

 „Za Twoim zamartwianiem się o przyszłość stoi założenie, że Bóg nie wie co robi”

Kiedy Piotr patrzył na Pana, był bezpieczny; gdy odwrócił wzrok od Niego i spojrzał na niebezpieczeństwo, przestraszył się i zaczął tonąć. To właśnie lekcje wiary – zarówno w codziennych, zwykłych sytuacjach, jak i w wyjątkowo trudnych – mają nas czegoś nauczyć i rozwijać w nas duchowość.

Gdy Piotr zaczyna tonąć, Pan łapie go za rękę i mówi: „Dlaczego zwątpiłeś?”

 „A gdy weszli do łodzi, wiatr ustał.”

To, co na pierwszy rzut oka wydawało się największym problemem – gwałtowny wiatr i przeciwne fale – w rzeczywistości okazało się sprawą drugorzędną. Te trudne warunki pojawiły się z określonym celem. Czytając historie o wierze, słuchając wykładów, wszystko wydaje się budujące… ale w naszym życiu przychodzi moment, gdy Pan mówi: „Weź łódź i przepłyń na drugą stronę jeziora.” Początkowo płyniemy z łatwością, dopóki nie pojawia się przeciwny wiatr. Bóg dopuszcza trudności celowo – po to, abyśmy uczyli się duchowych lekcji i doświadczyli, jak błogosławiony jest człowiek, który szuka u Niego schronienia.

W naszych doświadczeniach najważniejsze nie są okoliczności ani to, co dzieje się wokół nas, lecz to, co dzieje się w nas samych. Bogu zależy na zmianie naszego sposobu myślenia i kształtowaniu naszego charakteru. Ta przemiana nie dokonuje się z dnia na dzień – jest procesem, który trwa tyle, ile trzeba.

Kiedy nauczymy się duchowych lekcji, doświadczenia się kończą – burza ucichnie. Nie trwają dłużej niż potrzeba, abyśmy wyciągnęli z nich naukę. Jeśli jednak lekcja zostanie przeoczona, dobry nauczyciel powtarza ją.

Wróćmy do początku wykładu i cudu rozmnożenia chleba. Czy apostołowie zrozumieli jego przesłanie? Czy dostrzegli, jak wielkiego mają Zbawiciela obok siebie, który z pięciu bochenków chleba potrafi nakarmić tysiące ludzi – coś, czego współczesna nauka nie potrafi wytłumaczyć? Czy wyciągnęli z tego lekcję? Najwyraźniej nie. Gdyby tak było, doświadczenie na Morzu Galilejskim przeżyli by inaczej. Lekcja z rozmnożenia chleba umknęła nie tylko tłumom, ale i apostołom. Uznali cud za coś zwyczajnego, jakby każdy w dowolnym momencie mógł dokonać takiego samego czynu.

Historia na jeziorze galilejskim kończy się słowami: I wszedł do nich do łodzi, i wiatr ustał; a oni byli wstrząśnięci do głębi. Dlaczego? …. Nie zrozumieli bowiem cudu z chlebem, gdyż serce ich było nieczułe.

Refleksja: oni nie zrozumieli, ale czy ja zrozumiałem? Czy my zrozumieliśmy, o co chodziło z cudem rozmnożenia chleba i historią na jeziorze Galilejskim, kiedy Jezus chodził po wzburzonych wodach, a Piotr próbował iść za Nim? Uczniowie nie pojęli lekcji – a my? Jakie przesłanie z tego płynie dla nas? Myślę, że tych lekcji jest wiele, a główna, którą dziś poruszyliśmy, brzmi: warto umieć chodzić po wodzie.

Na koniec… Morze, po którym płyniemy – narody i społeczeństwa – staje się coraz bardziej niespokojne. Wkrótce nadejdzie sztorm, jakiego świat dotąd nie widział. Biblia porównuje te rozgniewane narody do rozszalałego morza, które uderzy w obecny porządek i systemy złego.

Wtedy potrzebna będzie umiejętność chodzenia po wzburzonym morzu. Dzięki niej możemy utrzymać się ponad tymi sprawami. Psalm 46 mówi, że wzburzone morze pochłania góry, ale nie tych, którzy unoszą się na wodzie – przez wiarę będą bezpieczni i nie utoną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *