Doświadczenia siostry Krysi z dzieciństwa

Plaża Gdańsk – Brzeźno (fot. Brosen, wikipedia)

Kilka dni temu, brat Tomek, zaproponował mi żebym napisała kilka słów z mojego życiorysu, a wiec wybrałam pewien odcinek z mojego dzieciństwa, który bardzo dobrze pamiętam i chyba go nigdy nie zapomnę.
W 1945 roku Tato przywiózł nas do Gdańska z wioski pod Inowrocławiem, i zamieszkaliśmy w dzielnicy Gdańsk – BRZEŹNO. Wtedy była to dziura zabita dechami – kościół, szkoła i MORZE…
Ponieważ moi rodzice znali już PRAWDĘ, więc szukali BADACZY, lecz nie znaleźli. Poszli do KOSCIOŁA CHRYSTUSOWEGO i tak się rozpoczęło nasze życie w BRZEŹNIE.
Krótko jednak ten „niby dobrobyt” trwał, bo Tato utopił się w 1947 roku [pracował na statku]. Zostawił czworo dzieci w wieku 12, 10, 6 i 10 miesięcy. Miał 37 lat – mógł żyć, ale ratował kolegów, którzy nie potrafili pływać. Sam też się uratował, ale serce mu nie wytrzymało. Zdążył podobno powiedzieć — ale bym niespodziankę rodzinie zrobił i zrobił.
Rok po śmierci mojego taty zaczęłam chodzić do szkoły. Z religii wychodziliśmy. Zdarzało się czasami, że zostawałam na lekcji, przeważnie jak miał lekcje ksiądz, który przyjeżdżał z innej parafii. On mnie tolerował i często z nim w czasie lekcji rozmawiałam – raczej mnie wypytywał co dzieje się w zborze u nas i takie tam sprawy. Potem mama mi zakazała cokolwiek opowiadać. Ja go lubiłam, i jak każde dziecko cieszyłam się, jak kazał innym dzieciom ze mnie brać przykład, że nie chodzę do KRK, a wiele historii z Nowego Testamentu znam lepiej od nich.
Pewnego razu skończyła się sielanka 😉 Powiedział nam, że na przyszłą lekcję opowie nam o bardzo grzesznej kobiecie Marii Magdalenie, to ja w domu obcykałam się, nawet teksty na pamięć się nauczyłam i też zostałam na religii.
Zaczął opowiadać, że uprawiała taki grzech, że powinna być ukamienowana, to ja mu przerwałam i mówię tak:
Pan się pomylił, to nie Maria z Magdali była ladacznicą, szybciutko wyjęłam moją biblijkę, którą zawsze miałam przy sobie i odczytałam tekst:
Łuk. 8:2– Maria, zwana Magdaleną, z której wyszło siedem demonów;”
Ksiądz podszedł do mnie i za głowę mnie podniósł, aż pomachałam nogami, i tak się do mnie odezwał: „żebym ciebie więcej na lekcji nie zobaczył ty śmierdząca kocico”. Byłam chyba wtedy w trzeciej klasie, nie wiem czym takie małe dziecko może śmierdzieć.
I już więcej nie szłam na żadną lekcję religii, a niby był taki przyjemny dla mnie.
Lekcji religii uczyła też zakonnica. Ja ją nazywałam czarownicą. Była mała, gruba i brzydka, i jeszcze ten czarny habit, ja jej się dokładnie to bałam, to było prawdziwe dziecko boga, ale boga tego świata, bo na pewno nie tego z nieba, na każdym kroku kiedy mijała nas to potrafiła nogę podstawić, żeby które z nas się przewróciło. [nas, tzn. kogoś z mojej rodziny]
Była taka sytuacja, byłam chyba wtedy w drugiej klasie, albo nawet pierwszej, zagadałam się z dziećmi, minęła przerwa i wchodzi czarownica, i już od drzwi krzyczy: „co tutaj tak śmierdzi?? A to jeszcze kocica nie zdążyła wyjść z klasy”. Jak ja wyskoczyłam, a cała klasa miauuuuuuuuuuuuu, miauuuuuuuuu… Przewróciłam się na progu, wysypała mi się cała zawartość torby. Wtedy to się prawdziwie rozpłakałam. Był tam woźny, który dzwonił dzwonkiem ręcznym. On mi pomógł pozbierać moją zawartość torby, pogłaskał mnie po głowie i poszłam do domu.
W tamtym czasie w dziurach zabitych dziechami, było to na porządku dziennym.
Jak ja bardzo wtedy chciałam być katoliczką. Byłam bardzo zbuntowaną, kłóciłam się z mamą, babcią, że jesteśmy inni, DLACZEGO, CO JA ZROBIŁAM TYM WSZYSTKIM KOLEŻANKOM, KOLEGOM, ZE MNIE OD KOCICH WIAR WYZYWAJĄ?
Kiedyś jedna nauczycielka rozmawiała przed szkołą z innymi dziećmi i ja się przypadkowo nawinęłam, zapytała mnie o moje imię, a ja: „KOCIA WIARA”, ja już po prostu uwierzyłam, że to jest moje imię. Potem oczywiście zaraz powiedziałam Krysia, ale tak niestety było, że jak koleżanki wołały mnie np. do zabawy, to krzyczeli z za furtki „KOCIA WIARO, chodź się bawić”. Oczywiście wierzę, że nie zdawały sobie sprawy, że to BOLI, bo w gruncie rzeczy jak nie było zakonnicy blisko, czy księdza to fajnie się bawiliśmy, z tym, że latem zawsze musiałam przynieść jabłek, śliwek, bo inaczej to zabawy raczej nie byłoby ze mną. ALE BYŁO FAJNIE, CZUŁAM SIĘ WAŻNA.
Kiedyś załapała mnie chyba matka jakiegoś dziecka koło szkoły. Szłam z pajdą chleba ze smalcem i cukrem, zaczęła mnie namawiać na katolicyzm. Miałam chyba z osiem, czy dziewięć lat… Tak mnie szarpała, że chleb mi wypadł z ręki, gadała mi: „BEZ BOGA, ANI DO PROGA, POSTAW SIĘ MATCE”. Głupia kobieta, ja niespełna dziesięć lat postawie się mamie???
Powiedziałam to babci, pytała o nazwisko, tej kobiety, ale ja jej nie znałam, wzięłam drugą kromkę chleba ze smalcem i cukrem i poszłam.
Chyba byłam w siódmej klasie, zginął kolega z klasy. Rozerwała go mina w lesie, więc na pogrzeb poszła cała klasa.
Oczywiście wystawienie zwłok było w kościele. Wymiauczeli mnie, a wychowawczyni nawet nie zareagowała i poszłam do domu.
Z drugiej strony bałam się tego kościoła jak tej czarownicy zakonnicy. Kościół sprawiał wrażenie grobu. Ciemno wokoło [stał w cieniu i na około drzewa]. Dla dziecka, które boi się wszystkiego, co jest związane z kościołem, widok był przerażający.
Kiedy już dorosłam i wyprowadziłam się, poszłam i oglądałam miejsce, którym byłam straszona przez siedem lat. Całkiem było przyjemnie, ale GŁĘBOKA ZADRA, KRZYWDA została.
Kiedy już domek nasz się rozwalił, dostaliśmy mieszkanie w centrum miasta Gdańska, to ja już panienka myślałam, że do raju się dostałam. Nikt nikogo nie znał, kościół przy kościele, nikt nie wiedział kim i kto jest. Wtedy odżyliśmy, nawet babcia się cieszyła.

Zobacz inne świadectwa.

Między innymi w nawiązaniu do powyższej historii powstała ta piosenka:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *