Czy słyszysz melodię poranka?

Ten wykład to kontynuacja bardziej teoretycznego wykładu, który przedstawiłem w zborze Pana w Bydgoszczy w czwartek. Nosił on tytuł: „Dzień powrotu Jezusa” i można go odsłuchać na stronie Badacze Biblii na YouTube’ie, a także na stronie www.badaczebiblii.pl. Dziś chciałbym zapytać o melodię poranka tego dnia. A tytuł naszych rozważań brzmi: Czy słyszysz melodię poranka?

Psalm 47:5-7 – „Bóg wstąpił na tron wśród radosnych okrzyków, PAN zajął miejsce – rozległ się głos trąby. Grajcie, grajcie Bogu! Grajcie naszemu Królowi! Gdyż Bóg jest Królem całej ziemi, uświetnijcie to pieśnią!”

Psalm 108:1-5 – „Boże, moje serce jest gotowe: Pragnę śpiewać i grać. Pragnę całym sobą! Obudź się, harfo i cytro, gdy budzę się o świcie. Wysławiać Cię będę, PANIE, pośród ludów, będę Ci grał wśród narodów. Gdyż wielkość Twej łaski sięga niebios, a Twej wierności – obłoków. Wznieś się nad niebiosa, o Boże, niech nad całą ziemią zajaśnieje Twa chwała!”

Ps. 59:16-17 – „Lecz ja będę śpiewał o Twej mocy i weselił się o poranku Twoją łaską, ponieważ byłeś mi warownią i schronieniem w czasie niedoli. Moja mocy, Tobie będę grał, gdyż Ty, Boże, jesteś moją twierdzą – Boże mój, który darzysz mnie łaską.”

fot. flickr.com/photos/rejik

Chcę od razu uspokoić tych, którzy może nie lubią śpiewać, a może uważają, że nie potrafią śpiewać. To Was nie skreśla. Nie musimy też lubić gry na harfie i cytrze. Melodie i pieśni, o których będzie mowa to melodie serc i umysłów.

Każdy człowiek niesie z sobą pewną melodię życia. Taka melodia może być usłyszana, bo często jest to główny temat, o którym ktoś mówi. Czasami słychać tę melodię na czyimś profilu w internecie. Czasami słyszymy tę melodię w tym, co jest głównym działaniem w życiu danej osoby. Nie zawsze ktoś może poświęcić najwięcej czasu melodii swojego życia, ale jest to coś, do czego jego lub jej myśli wracają, kiedy może się oderwać od zapewniania bytu sobie i swojej rodzinie, od spraw wychowania dzieci i różnych ziemskich zobowiązań, które każdy człowiek posiada. Czasami pewna melodia lub idea łączy życie wielu osób.

Ja chciałbym przytoczyć kilka historii i pomówić o melodii, która łączyła wszystkie te osoby. Oczywiście będę tylko w wielkim skrócie podawał pewne przebłyski, jakieś pojedyncze nuty z melodii życia tych osób. Ale z tych krótkich scenek można czasami wywnioskować melodię życia, refren tego życia. Jak w programie „Jaka to melodia”… Nieraz już po jednej nutce uczestnicy odgadują całe piosenki.

– może zacznijmy od takiego brata Aleksandra Wocha, niewiele wiemy na jego temat, ale dość dużo, by usłyszeć tę melodię. W angielskiej „Teraźniejszej Prawdzie”, luty 1940, brat Johnson napisał o śmierci małżeństwa Woch w bombardowaniu w Lublinie 8 września 1939, tego właśnie brata i jego żony, i pisze o nich: „Oboje byli bardzo gorliwi – on walnie przyczynił się do utworzenia wielu nowych zborów, jak również do budowania istniejących zborów, a ona goszcząc nas za każdym razem podczas naszych dziewięciu wizyt w Lublinie”

O tym bracie powiedziane jest, że przyczyniał się do tworzenia i budowania zborów. Jak to robił? Wspomina o tym brat Julian Grzesik w swojej „Historii Ruchu Badaczy Pisma Świętego” [tom V] – cytuję –

„W Lublinie aktywnie pracował misyjnie Aleksander Woch, późniejszy pielgrzym, który za swoje zasługi w Polskiej Organizacji Wojskowej oprócz krzyża zasługi, otrzymał ciężką pracę przy czyszczeniu z żużlu parowozów PKP. Mając bezpłatne przejazdy, każdy wolny czas poświęcał na religijną działalność. Był do tego stopnia takim trybem życia zmęczony, że pewnego razu na wsi, w trakcie wieczornego wykładu, stojąc zasnął.

Czy po tej jednej nucie słyszymy melodię o bracie, który tak wiele jeździł z ewangelią pociągiem  do braci, że przy jednej z usług zasnął na stojąco i to w trakcie swojego wykładu?

Braterstwo Woch zginęli na początku wojny. Inni słudzy stanęli wtedy przed pytaniem „co dalej?”. Kiedy większość braci zawiesiło swoje usługi wykładami, brat Bielec ze Lwowa służył dalej. Jeździł od zboru do zboru, wracał do domu i jechał znowu. Jego wykłady i jego postawa dodawały braciom siły i zachęty. Jak wspomina jeden brat z Łosińca: „Ze Lwowa do nas pociąg przyjeżdżał bardzo wcześnie rano. Nie było żadnych możliwości, żeby zawiadomić, że ktoś przyjedzie. Przyszedł brat Bielec sam od pociągu. Jeszcze spaliśmy, gdy przyszedł i otworzyliśmy mu drzwi. W drzwiach stanął [ciężko] pobity, pokrwawiony, zmaltretowany człowiek. Gdy rozbieraliśmy go, a tata umywał te rany, płakaliśmy nad nim, no a potem czegoś ciepłego się napił, położyliśmy go do łóżka i zasnął.

U nas miało być zebranie, zaczęli przychodzić bracia, ojciec mówi: «Cicho… Brat Bielec jest ciężko chory i u nas zebranie nie może być». Ale gdy tak któregoś z rzędu ojciec odprawiał, brat Bielec się nagle obudził i mówi: «Co, co ty mówisz? zebrania nie będzie? Bracia, zaraz się ubieram, będzie zebranie, oczywiście, ja tu po to przyjechałem». Wstał jak gdyby się nigdy nic nie stało, ubrał się, tylko było widać te sińce na czole, na policzkach; jednak tą swoją postawą, a potem usługą, wlał tyle otuchy, że chociaż na zebranie bracia przychodzili z różnych stron w ukryciu, bo się bali, to potem z zebrania poszli wszyscy razem.” Wierzyli, że Pan czuwa nad nimi, bo brat Bielec zaraził ich tym zaufaniem do Boga i dodał im otuchy.

Jak widać pewna melodia życia, melodia ufności i gorliwości, może się udzielić drugim, tak jak zwykła muzyka często się udziela. Zwłaszcza kiedy jest to rytmiczna melodia, pełna energii. A taka była melodia życia tych braci.

Ta sama melodia jeszcze przed wojną przygrywała w życiu brata Skowronka. Zacytuję, jak opisywał go mój dziadek Jerzy Szpunar w swoich wspomnieniach: „Otóż przyjechał pewien brat z Ameryki, o bardzo pięknym nazwisku Skowronek. Przywiózł tomy brata Russella i sporo innej literatury. Brat Skowronek, który przyfrunął z tak dalekiego kraju, uścielił sobie gniazdo we wsi Bełżec (…) i jak to Skowronek, nie usiedział na miejscu, ale zaczął fruwać po okolicy wyśpiewując cudowną melodię Wesołej Nowiny o zbawieniu, o Królestwie Bożym, o zmartwychwstaniu, o restytucji i innych pięknych prawdach, gdyż dobrze znał Prawdę. Zdobył sobie sporo pilnych słuchaczy i zorganizował kilka zborów. Ta historia o Skowronku to nie jest wymyślona przeze mnie bajka, było to prawdziwe nazwisko, które aż prosiło się, żeby użyć jako metaforę do działalności tego brata.”

Ciekawy był sposób jakiego brat Skowronek użył do głoszenia prawdy. Przywiózł on z Ameryki maszynkę do strzyżenia włosów. Była to wtedy wielka nowość. Przeważnie nożycami do strzyżenia owiec, strzyżono i mężczyzn, a tu była maszynka do włosów. No i przychodzili mężczyźni tam do salonu brata Skowronka, żeby im ostrzygł włosy maszynką, a brat Skowronek wykorzystywał ten czas, żeby głosić im prawdę i rozdawał Biblie, 1 tomy i inną literaturę.

Co było melodią życia tego brata? Wydaje się, że była to ta sama melodia, która poruszała innych braci, którzy zaczynali wtedy tworzyć pierwsze zbory wierzących w prawdę żniwa w Polsce. W TP nr 39 mamy raport brata Johnsona z Polski. Był to rok 1929. „Niektórzy z naszych polskich braci są bardzo biedni, pracują za 16,5 centa dziennie. Dlatego nie byli w stanie opłacić podróży na konwencję. Ich miłość i oddanie się Prawdzie były tak wielkie, że niektórzy bracia i siostry przyszli aż 70 mil na konwencję i z powrotem szli również pieszo 70 mil do ich miejsca zamieszkania [być może chodzi o 70 km, bo jeśli o mile to byłoby ponad 100 km – dop. ws]. Gdy żeśmy to zobaczyli, nie mogliśmy powstrzymać się od płaczu.” – pisze brat Johnson.

Może teraz kilka sióstr. Pewna siostra z Syberii kilka razy przyjeżdżała na konwencję do Polski z Syberii. Sama podróż to było siedem dni i nocy. Ta siostra przez cały rok z małej renty zbierała pieniądze, żeby zebrać na bilet. Musiała cały rok oszczędzać. Bilet mogła kupić w jedną stronę. Później bracia z Polski kupowali jej bilet powrotny. Ale to nie wszystko. Ta siostra nie tylko korzystała, ale chciała też brać udział w pracy dla Pana. Wywoziła ona z Polski Pismo Święte i literaturę. W tym czasie na granicy były ścisłe kontrole komunistyczne, polityka: „żadnych Biblii do ZSRR”; ale siostry uszyły jej dużą torbę, która miała dwa dna. Pomiędzy pierwszym a drugim dnem było miejsce na literaturę, na to włożone były ubrania, a na wierzchu elementarz do pierwszej klasy. Kontrola zapytała: „wieziesz książki?” A ona mówi: „O tak, oczywiście!” i wyciąga ten elementarz do pierwszej klasy i mówi: „Proszę bardzo!” Oni się uśmiechają, a ona mówi: „ja się uczę polskiego i dlatego mam elementarz”.

Gdy zajechała na Syberię, jej zięć, który pracować w więzieniu dowiedział się, że przywiozła taką zakazaną literaturę i wysłał kontrolę do jej domu. Wszystko przewrócili, zrywali podłogi, skoro zięć zgłosił, to muszą gdzieś być te Biblie i ta zakazana literatura. A ona te książki schowała do komina. Owinęła w szmaty i wsunęła do komina, a nikt nawet nie myślał, że ktoś może schować Biblie w kominie. Włożyła Biblię w szyber komina i tak prawda zachowała się na Syberii.

A niedawno zmarła siostra Helena Grzesik? Może na początek powiem historię, którą podzielił się ze mną brat Jerzy Dworczyk. Jest to historia z jej ostatnich dni. W momencie kiedy przyjechali po nią ratownicy medyczni, gdy była już bardzo słaba, to pierwszą rzeczą, o którą poprosiła brata Jurka, to było żeby dał ratownikom zestaw ulotek o Królestwie, które miała zawsze w takim specjalnym pudełku o nazwie: „o Bogu”.

Czy słyszymy melodię? Ta sama melodia prowadziła s. Helenę, jej męża i innych braci i siostry, dużo wcześniej, w latach 60-tych gdy ruszali z ewangelią na Wschód. Te podróże były bardzo trudne i ryzykowne. Bracia i siostry przemycali Biblie i głosili ewangelię pomimo zakazów. Miasto Lwów było takim mostem, którym prawda z zachodu szła na wschód. To miasto było drzwiami. I w tym mieście w roku 66-tym w mieszkaniu braterstwa Parylak znalazły się siostry Helena i Halina oraz brat Jan Łagowski.

Jak wspominał te siostry i tę wizytę brat Grzegorz Parylak? Zacytuję z jego wspomnień: „One przyszły w swojej skromności, prostocie, przyjechały rozumiejąc prawdę, co było dziwne, bo wszyscy tylko wywracali tę prawdę, naciągali na swoją stronę. A one przyjechały uśmiechnięte, nie chciały żadnych korzyści, ale przyjechały z pomocą. Przywiozły Biblie, przywiozły Teraźniejsze Prawdy, przywiozły to, o czym wcześniej lud Boży nawet nie marzył. Co dalej? Zaczęły one zbierać razem tych braci i siostry rozrzuconych po miastach i wioskach, zbierać jak zabłąkane owce adresy – kto gdzie żyje, kto gdzie jest”

Te dwie siostry bez dokładnej mapy, bez pozwoleń ze strony władzy radzieckiej, pojechały w podróż do braci z Berezna na Ukrainie. Była to bardzo niebezpieczna podróż, ale żeby nie przedłużać, kiedy dojechały do tej miejscowości, zebrało się tam kilka wierzących rodzin, które ciekawe były co do powiedzenia mają goście z Polski. Spodziewali się oni braci, ale okazało się, że tylko siostrom udało się tam dostać.

W tych okolicznościach, w zupełnie nieznanym środowisku siostry Helena i Halina od popołudnia aż do godziny 4 rano odpowiadały na pytania. A zebrani byli ciekawi wszystkiego: kim są, jak się nazywają, gdzie należą, w jakie nauki wierzą itd. Siostra Helena odpowiadała, że są chrześcijankami i należą do Chrystusa, ale gdy nacierano, gdy pytali o konkrety odpowiadała: A czy potrzebna jest przynależność do któregoś kościoła? Czy nie wystarczy wierzyć w to, co zawiera Biblia?

W pewnym momencie tego spotkania siostra Tina Hałahuz zapytała: jak rozumieć proroctwo o wiernym słudze? Momentalnie spotkały się ich oczy i po krótki wyjaśnieniu tego proroctwa, bez podawania nazwiska, porozumiały się, że wierzą w tę samą prawdę żniwa. Wczesnym rankiem zaczęli przychodzić kolejni goście i znowu nie było mowy o śnie lub odpoczynku, dalej były pytania i duchowa społeczność. Była to melodia poranka.

Także w Polsce niełatwo było głosić ewangelię. Przypomina mi się siostra Maria Tchórzewska-Banaś. Dla siostry tej Pismo Święte było cudownym darem od Boga. Była pełna energii i gorliwości w opowiadaniu ewangelii już wtedy gdy była rzymskokatoliczką i wtedy, gdy należała do organizacji Świadków Jehowy. Później, do końca życia starała się głosić to, co rozumiała, jako najczystszą prawdę Słowa Bożego, prawdę o restytucji i królowaniu Chrystusa, które już się rozpoczęło. Siostra Maria nie przestała śpiewać tej ewangelii także w czasie, gdy za jej głoszenie można było się dostać do więzienia lub na zesłanie na Sybir.

Gdy głosiły, chodząc od domu do domu z drugą siostrą, weszły do pewnego mieszkania. Właściciel wpuścił obie siostry i zamknął drzwi na klucz. Zobaczyły tam jego mundur wojskowy, broń i inne akcesoria, które świadczyły o tym, kto to jest. Zwrócił się on do nich z groźbą, że nie wypuści ich dopóki nie powiedzą mu, kto je namówił do tego, by chodziły i głosiły. Gdy z krzykiem je pytał: „Kto was do tego namówił?” siostra Maria otworzyła Pismo Święte i przeczytała pierwszy werset, który zwrócił jej uwagę. Był to fragment z Księgi Jeremiasza 20:7 – „Namówiłeś mnie, Panie! A dałem się namówić; mocniejszy byłeś niż ja i przemogłeś”. Gospodarz uznał to za dobry żart i wypuścił te ewangelistki, ale podkreślił, żeby już nie chodziły i nie głosiły tej nauki.

A siostra Maria? Śpiewała melodię poranka przez kolejne kilkadziesiąt lat. Sam pamiętam jak prowadziliśmy siostrę do lekarzy w Bydgoszczy, a miała już wtedy ponad 90 lat i jak lekarze i pielęgniarki dziwili się jak może być ktoś tak bardzo schorowany, a jednocześnie taki uśmiechnięty i pełny optymizmu jak pani Maria. A ona z przekonaniem mówiła im o nadziei Królestwa. Dawała im ulotki i codzienne manny. Kiedy opowiadała o restytucji to zawsze miała promienny uśmiech. A teraz śpi snem śmierci i czeka, żeby znowu śpiewać na tę melodię. Jeśli jesteśmy przy Bydgoszczy to przypomina mi się jeszcze brat Józef i siostra Irena Montewscy. Br. Józef – pamiętam jego pamięć, gdy tylko było dodatkowe pytanie na badaniu beriańskim, czasami trudne, to wskazywał od razu nie tylko dokładne wersety, ale i miejsce gdzie coś było opisane w literaturze), Siostra Irena – pamiętam jej śpiew, pieśń 102 – „Czekam wiernie dnia Pańskiego” – było to śpiewanie prosto z serca.

Wspomnijmy jeszcze brata Michała Łotysza i innych braci, którzy za odmowę służby wojskowej trafiali do więzienia i spędzali tam czasami nawet do pięciu lat lub byli przenoszeni do ciężkiej pracy w kopalni, źle byli traktowani w tych więzieniach. Czy pamiętamy Brata Łotysza, jak w izolatce ćwiczy z pamięci swoje wykłady z Pisma Świętego? Jak inny brat szedł korytarzem więzienia i nagle uslyszał wykład z izolatki? Była to melodia poranka.

Ta sama melodia pobudzała i pobudza wiele osób, które nie były na pierwszej linii frontu głoszenia ewangelii. Wiele takich przykładów brat Łotysz przedstawił w wykładzie „Kosztowne perfumy” na spotkaniu w Chełmnie w roku 2015. Brat Łotysz wspomina tam choćby jak przyjechał do Polski brat Jolly i jak na konwencji w Łosińcu przyszli do niego w przerwie bracia i przynieśli woreczek pieniędzy, klepaków, groszy, jako ofiarę najbiedniejszej siostry ze zboru. Ta siostra nie miała renty ani emerytury, ani gospodarki. To skąd pieniądze? Przędła wełnę i składała te grosze na pracę Pańską. Oczywiście nie mógł brat Jolly zabrać tych pieniędzy do Ameryki, ale było to użyte na głoszenie ewangelii Królestwa w Polsce. A ile było i jest takich braci i sióstr, którzy na różne sposoby usługiwali Bogu, braciom i ludziom wokół? Ile sióstr starało się wychować dzieci na wierzących ludzi, ile starszych osób spędzało wiele godzin na modlitwie, ile osób stało z ulotkami i roznosiło ulotki do skrzynek, ile osób mimo zmęczenia i trudu czyniło różne usługi. Jak przeczytałem wczoraj na jednej pocztówce: „Najlepsza cząstka życia człowieka to jego drobne, bezimienne, zapominane czyny dobroci i miłości.” Te wszystkie czyny zapisane są w Księdze Pamięci Boga, „czyny świętych idą za nimi”, a ich cierpienia i łzy przechowane są w specjalnym bukłaku łez u Boga w niebie. Ta melodia poranka może składać się z bardzo małych spraw, u nas w zborze pewien brat przyniósł zaparzacz do wody. Potem ktoś kawę, ktoś herbatę i w tym miejscu, w tej zborowej mini-kuchni zaczęły się rozmowy o prawdzie i chrześcijańskim życiu.

Ta melodia niosła się też w innych krajach. Przeczytajcie bracia i siostry TP nr 176, s. 23 o doświadczeniach brata Jolly’ego w Grecji. O tym jak księża nakazywali, by ludzie nie kupowali u braci. Jak jeden z braci, który został zrujnowany mówił: „[wcale] nie obawiam się umrzeć – nic nie mam do stracenia oprócz małego kawałka gruntu, dwóch kóz i kilku kur”. A czy my coś mamy do stracenia, czy mamy coś lepszego w tym życiu niż nasza nadzieja Królestwa? To samo przeżywają do dzisiaj bracia i siostry, np. w Indiach, a także w Afryce, w takich krajach jak Uganda czy Kenia. W wielkiej biedzie i w wielkich trudnościach powstają tam zbory i są tam ludzie, którzy pragną ewangelii. Którzy pragną słyszeć melodię.

Melodia Królestwa naszego Pana Jezusa Chrystusa. Melodia poranka. Chciałem opowiedzieć tutaj o człowieku, który śpiewał tę melodię jeszcze przed świtem, trochę jak drozd śpiewak, który zaczyna swój śpiew jeszcze nocą. Był to człowiek, który w Europie, w Afryce i w Azji wykonał podobną pracę do tej, którą William Miller wykonał w Ameryce, a nazywał się Joseph Wolff. Niedawno rozmawialiśmy o nim z bratem Czesławem Mikosiem, ale myślę, że jest to na tyle ciekawa postać, by kiedyś poświęcić temu bratu cały wykład, jeśli Pan na to pozwoli.

Wolff był człowiekiem, który wędrował po świecie, by zapowiadać wszystkim, że na ziemię powraca Jezus Chrystus, kochający zbawiciel świata.

Chodził w głodzie i pragnieniu, wszędzie w niebezpieczeństwach, był sprzedany jako niewolnik, był chłostany i bity kijami. Szedł pieszo setki kilometrów przez spalone piaski ziemi, albo w górach, w bijającym w twarzu śniegu, gdzie nogi drętwiały mu od zmarzniętej ziemi. Był znany z tego, że chodził bez broni i trzymał w ręku tylko Biblię. I tak przychodził do różnych nieznanych i dzikich plemion. Pytany jak przeżył bez broni, odpowiadał: „Moja broń to modlitwa, żarliwość dla Chrystusa i ufność w Jego opiekę. Mam jeszcze w sercu miłość do Boga i bliźniego, a w ręku Biblię.”

To czego Wolff jeszcze nie wiedział i co nie było jasne aż do powrotu naszego Pana to dokładny cel i sposób powrotu Jezusa. Wszystko to zostało piękne ukryte w grece tak, aby do właściwego czasu nikt nie mógł złamać tej pieczęci i zrozumieć zagadki paruzji czyli obecności już przybyłego Chrystusa, która miała być rozpoznana przez znaki czasu; że będzie to jaśniejący blask – gr. astrape – symbolicznego słońca (które na początku miało zostać zakryte przez burzowe chmury ucisku), że miał to być poranek, na który trzeba się zbudzić, a reszta świata zobaczy go po czasie, kilka symbolicznych godzin później.

Ten wykład nie przekona nikogo, że żyjemy o poranku dnia PARUZJI czyli obecności Syna Człowieczego, lecz wszyscy bracia i siostry z Polski, o których wcześniej mówiłem, wierzyli w tę właśnie naukę. W to, że paruzja już się rozpoczęła. Wierzyli oni, że Pan Jezus jest obecny i że po obaleniu szatana i jego panowania, Chrystus zaprowadzi na ziemi czasy odrodzenia, rządy pokoju i sprawiedliwości. Argumenty na ten temat przedstawiłem w 1 części wykładu pt. Dzień powrotu Jezusa. Zapraszam jednak wszystkich do postawienia sobie pytania: czy słyszę melodię poranka? Czy pragnę śpiewać w swoim sercu i życiu tę melodię?

Szwedzi mają takie określenie, które można przeczytać: gökotta (lub może: ‘jakotta’) Słowo to nie daje się przetłumaczyć. Jednak znaczy ono mniej-więcej „wstać o świcie, żeby wyjść i słuchać śpiewu ptaków.” W Szwecji jest taka tradycja wychodzenia o poranku rano w dniu Wniebowstąpienia (40 dni po Wielkanocy, a biblijnie 40 dni po zmartwychwstaniu), żeby po raz 1. wiosną posłuchać jak kukułka śpiewa swoje poranne pieśni.

Celem tego wstawania ma być zdobycie pozytywnej energii na cały dzień i poprawienie samopoczucia psychicznego i fizycznego. Jednak takie poranne wstawanie i nasłuchiwanie nie jest łatwe. Tak jak w ogóle nie jest łatwo wstawać o świcie. Tak samo jest duchowo, zwłaszcza, że poranek Tysiąclecia jest ponury. Jednak czy śpimy czy nie, poranek nastaje, a panowanie Chrystusa wkrótce obejmie całą ziemię. Po dowody tego odsyłam do Słowa Bożego i do wyjaśnień Biblii przez tych, którzy zbudzili się przed nami, o samym świcie. Jeśli robimy sobie plany czytelnicze na nowy rok, to umieśćmy w nich tomy brata Charlesa Taze’a Russella – 1 i 2 – „Boski plan wieków” i „Nadszedł czas” oraz 17. tom brata Johnsona – „Tysiąclecie”. Czytajmy te książki przy otwartej Biblii.

Pamiętajmy, że znaki czasów mówią nam o już obecnym Panu Jezusie, a nie o jego przyjściu w przyszłości. To bardzo nam pomoże w zrozumieniu paruzji.

Co robić i jak żyć, jeśli słyszymy melodię poranka? Lub nawet jeśli nie mamy pewności czy Pan jest obecny, ale wierzymy, że jest On bardzo blisko. Zamiast własnego komentarz odczytam kilka fragmentów z czasopisma „Teraźniejsza Prawda”:

TP nr 32, rok 1928, s. 6, brat Johnson pisze – „Zwycięstwo w życiu można osiągnąć tylko przez skoncentrowanie wszystkich sił i rzeczy do jednego celu; życie ludzkie jest za krótkie, a jego władze [lub możliwości] są za słabe, aby nim więcej celów lub met osiągnąć, więcej niż jeden skarb. (…) Co jest naszym własciwym skarbem, rzeczą, którą my rzeczywiście miłujemy i do której się zupełnie oddajemy?” [Zadajmy sobie to pytanie]

TP nr 266, rok 1973, s. 10 – „palestyńskie orły gromadzą się do ścierwu, do ciała, po pokarm. Prawda jako światło zwraca uwagę ludu Pańskiego na jego wtórą obecność, prawda jako pokarm zgromadza lud Pański razem.”

TP nr 372, rok 1987, s. 5 – „Nie mamy oczekiwać, że Pan wpłynie lub pouczy naszych przyjaciół, krewnych lub sąsiadów, lecz mamy pamiętać, że On powierzył ten zaszczyt swojemu poświęconemu ludowi. W związku z tym mamy być: W PRACY NIE LENIWI, DUCHEM PAŁAJĄCY, PANU SŁUŻĄCY. Służąc prawdzie w kazdym dostępny nam sposób.” [te sposoby będą różne dla różnych osób, jesteśmy wolni i jesteśmy różni jak kwiaty w ogrodzie naszego Pana]

TP nr 205, rok 1962, s. 123 – „Niechaj wszyscy z oświeconego ludu Bożego dalej badają i wielce oceniają to cudowne widzenie planu Bożego świecące obecnie z Pisma Św. pamiętając, że gdzie nie ma widzenia [gdzie plan Boży nie jest zrozumiany] tam lud ginie.” [tam lud się rozprasza, demoralizuje i niszczeje…]

I jeszcze TP nr 251, rok 1970, s. 51 – „Czy nasi bliźni, sądząc nas na podstawie naszego codziennego postępowania nie będą przypuszczać, że zużywamy całą naszą energię w celu zdobycia niektórych z tych ziemskich nagród? Kto jest zwiedziony – oni czy my, w odniesieniu do naszego prawdziwego celu? Czy nasze czyny, tak samo jak ich, nie mówią głośniej niż słowa? Co jest naszym prawdziwym skarbem, rzeczą, którą my naprawdę kochamy i której poświęcamy samych siebie?”

<<< Co jest melodią naszego życia? >>> Dziękuję za uwagę…

1 thought on “Czy słyszysz melodię poranka?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.